Strony

wtorek, 26 listopada 2024

1806. Po śniadaniu ...

... poszliśmy z Kochanym nad morze, słońce miło przygrzewało, wiatr w normie, więc wyciągnęłam z futerału aparat, żeby móc zaobserwować fruwacze. Najpierw zaszliśmy do kawiarenki przy plaży.

W kawiarence wystrój bożonarodzeniowy, w kącie stała mała choinka, i to pewnie już od trzech tygodni :) Po wypiciu kaw wypuściliśmy się na piasek; wszędzie pozostałości po niedawnym sztormie, mnóstwo połamanych muszli ensis ensis (po polsku ich nazwa brzmi chyba okładniczka) oraz dużo muszli ślimaków, niektóre naprawdę spore (wielka łapa Freda daje pojęcie o skali):



Ach, i nareszcie zrobiłam fotkę zimowym gościom z północy, to rzeczywiście bernikle obrożne, spokojne, niezbyt rozgadane, akurat oddawały się relaksowi połączonemu z czyszczeniem piór:

Pozwoliły trochę do siebie podejść (bez przesady, oczywiście), mogłam się przyjrzeć ich jasnym, pękatym brzuchom. Były też inne spotkania, z wronami, szpakami, mewami i z czerwonookimi ostrygojadami, a przy zejściu z plaży Fred wypatrzył chowającego się w mule małża (lub kraba); obiecaliśmy, że mewom nie powiemy (na zdjęciu akurat jest część innego kraba, który nie miał szczęścia).


Wracając z plaży natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen i jej córkę, trzeba było się zatrzymać, chwilę porozmawiać, że jest ładnie, że do świąt został mniej niż miesiąc. Dostaliśmy błogosławieństwo oczywiście. W domu byliśmy chwilę po drugiej, nasze cienie już długie i cienkie.

Kochany najpierw miał pomysł na obiad morski, ale sklep rybny w porcie zastał zamknięty. Małżonek dłuższą chwilę grzebał w ziemi ogrodowej, i pewnie rozważał, co lubi bardziej: jechać na zakupy bez żony i zaraz wrócić, czy jechać z żoną i po kupieniu chleba pójść z nią na obiad. Ha! W zachodzącym słońcu wyjechaliśmy do Drołdy i obiad został zjedzony w Il Forno (makaron carbonara, ale tak bardziej z polskim akcentem, chyba na śmietanie, a jakby wędlina była z polskiego sklepu, to bym się wcale nie zdziwiła). Wyszliśmy z restauracji, gdy było już zupełnie ciemno i zrobiliśmy małe kółko po dwóch ulicach miasta. Zimno; szliśmy w oparach własnych oddechów.

Po powrocie pod dom przez dłuższą chwilę bawiłam się myślą, gdzie zgubiłam gwiazdę polarną, bo Wielki Wóz bardzo wyraźnie widniał nad domem sąsiada. Trzeba było rozłożyć mapy nieba, które przekręcałam i przekręcałam.

A potem mniej przyjemne rzeczy. Przez dłuższy czas oboje paraliśmy się ładowaniem na pewną stronę ważnych dokumentów. Do kroćset! (nieprawda, inaczej klęłam). I jeszcze strzyknęło mi w plecach bardzo boleśnie. I nos mam suchy niemiło (nie dodzwoniłam się dzisiaj do lekarza, trzeba będzie się tym zająć wcześnie rano). Junonę odwiedziłam dwa razy, ma spust kocinka.

2 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. @Dariusz, w tym przybytku mają tylko takie. Oczywiście, pewnie można przynieś własne naczynko :) To jest kawiarenka we wsi, zrobiona w byłym domku ratowników, chyba nawet nie mają zmywarki przemysłowej.

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.