W pracy długi, ale bardzo cichy dzień. Po wczorajszym meczu Drołdy z Derry (które nasze miasto wygrało) na ulicach i w Centrum widać był efekty świętowania, cicho jak w grobowcu (rano zero korków, na zajęcia dotarły cztery osoby).
Wracając z miasta po trzeciej (Kochany ma dzisiaj i jutro wolne; na horyzoncie pierwsza kwadra rośnie w oczach) opowiadaliśmy sobie jakie psy chcielibyśmy mieć: ja oczywiście labradora i jamnika, Kochany oczywiście bernardyna i owczarka podhalańskiego.
Kochany chyba znalazł prezent świąteczny dla taty, tweedowy płaszcz Moon. Przez znalezienie mam na myśli przejrzenie własnej szafy: nabytek od lat wisiał nienoszony. Piękny jest i szkoda, żeby go któregoś dnia mole odnalazły.
Po obiedzie wjechała kawka (jak nigdy u mnie), lebkuchen z dżemem z moreli z Lidla (pyszotka) i pierwszy odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (przerwany dłuższą drzemką postkawową). Obudziłam się tuż przed dziewiątą wieczór, akurat gdy małżonek odpalił płytę Nicka Cave'a. Trzeba się wprowadzić w nastrój, wiadomo. Jutro przecież koncert!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.