Strony

czwartek, 19 czerwca 2025

2011. Dobry czwartek.

Poranek mglisty, przejeżdżaliśmy przez połacie bieli włażącej z morza w przestrzenie nieoczywiste.

W pracy ciekawie; przyszli trzej chłopcy, dwóch, żeby coś podpisać, trzecim był Li, tak sobie wpadł, Aszling przekazała mu, że zapraszam. Panowie spędzili ze mną trochę czasu, więc nie nudziłam się tak dramatycznie; poza tym, wysłałam papierologię, która powinna być już dawno wysłana (emilki w tę i z powrotem, skanowanie, itepe). Jakaś obsuwa, trudno. Skończyłam też czytać Białe zęby Zadie Smith (Znak, 2002).

Kochany zabrał mnie spod pracy i przedstawił trzy oferty obiadowe. Jedna z nich szybko upadła, okazało się, że w porcie kanciapa z fiszendczipsami jest zamknięta. Zamiast tego kartoffeln, jaja, szparagi. W wirtualu pokazałam mamie Mleczaki, rozmawiałyśmy chwilę co tam (mam dziwiła się, że u nas nie ma Corpus Christi, no nie ma, tzn. jest, ale oficjalny folklor został w 1996 przesunięty na następującą po nim niedzielę). Przyjemne słońce. Wyszliśmy na spacer odwiedzając po drodze okoliczny sklep (lody w wafelku). I tak to, mamy błogosławieństwo na cały tydzień — w czasie nadmorskiego spaceru spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen moczącą stopy w chłodnej wodzie. God bless yee. No problem.

A potem, po powrocie, kocie głaskanko i mnie odcięło. Kilkadziesiąt minut mniej lub bardziej nieświadomie leżałam przykryta strzępką kocyka, dopiero ok. dziewiątej zmusiłam się do wstania, wzięcia prysznica i kontynuowania dnia jeszcze przez jakiś czas. Czyli leżymy sobie z Kochanym w łóżku, każde z własnym laptopem na kolankach, siorbiemy herbatki, robimy notatki i ogólnie alienujemy się od dziecków, które fikały po Kuchniosalonie (teraz coś cisza, pewnie baterie znowu wyszły).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.