Strony

czwartek, 5 czerwca 2025

1997. Koniec, afirmacje, dobroci.

Mieliśmy zupełnie zwyczajne pożegnanie, żadnych ozdobnych głupot, chwila na rozdanie papierów, ostatnie żółwiki, kilka uścisków, ale było wzruszająco; pierwszy raz chcę zapamiętać wszystkich kursantów i wiem, że często będę myślała o Li. Niech się rozwijają, niech nie wpadają w kłopoty. Dostałam prezent od Afganki (słodycze, dziwna figurka, biżuteria z tombaku) oraz od trawelerki (słodycze).

Pogoda grzebała się, a ja mimo to miałam świetny dzień. Mieszkam we wspaniałym kraju i jestem wartościową osobą, która ma dużo szczęścia w życiu, o!

Fred zabrał mnie z parkingu (padliśmy sobie w ramiona) prosto do domu. Na początek wysłuchaliśmy dwóch płyt przywiezionych z Polski (Kochany postanowił się jednak rozpakować ;)):  Grzybnię (2024) jazzowej grupy Błoto, następnie album z muzyką organową, kupiony w kościele w Świdnicy 

Przekąsiliśmy coś "na teraz" (śledzie w sosie kurkowym), mąż zabrał się za lepienie kotletów mielonych, a ja w kimono. Pobudka i prawie godzinna rozmowa z mamą. Kochany zaserwował obiad. Wieczorem wbił do nas mały, brudny sąsiad (i słusznie, dostał saszetkę z okazji, że tak dawno go nie było). Jeszcze później zadzwonił Ka, było rozmawiane także o tym, że szukamy zwierzaka.

2 komentarze:

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.