Obudziłam się na dźwięk dzwonka i przestawiłam go na kolejne 45 minut. W końcu jednak trzeba było wstać i zacząć dzień. Pracowniczo czas minął mi ekspresowo: poniedziałek spokojny, szary, Szef wpadł na dwie godzinki zmachany jak koń po westernie; po godzinie zrobiłam sobie przerwę na kawę i z kawiarni przedzwoniłam do tatki, gdyż życzenia z okazji dnia ojca; na lunch dykta z bananami; trochę słuchałam Telemanna, trochę czytałam Europejkę Gretkowskiej (W.A.B., 2004).
Kochany odebrał mnie z pracy; owinięta w jego dużą bluzę czytam, potem śpię, potem zostaję obudzona na obiad. Wracam do książki, którą kończę wieczorem (gdzieś w trakcie nieomal dostaję ataku serca z przekonania, że zhakowano mi telefon). Mleczaki zostały okazane przechodzącemu Dżejmiemu, korzystając z okazji zapytałam go niewinnie, czyim psem jest coraz brudniejszy jack russell, przychodzący do nas, ale też niebezpiecznie włóczący się po całej okolicy (Anne już chce dzwonić po służby). Pies jest rzekomo jego chrzestnej, sąsiad wziął psa pod pachę i zniknął za zakrętem. Może.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.