Strony

wtorek, 17 czerwca 2025

2009. Zaduch / niepokoje / jednak nogi idą.

Pod pewnymi względami dzień trudny: w pracy siedziałam sama, głucho, nudno, nawet wścibska współpracowniczka nie wpadła sprawdzić, czy biuro otwarte. Liczyłam godziny do wyjścia z tym większym napięciem, że Mleczaki pierwszy raz zostały same na tak długo (oboje musieliśmy być poza domem do piątej → trzeba było pominąć dwa małe posiłki, poza tym maluchy już się rozbrykały, włażą na parapety i biegają jak pershingi, o nieszczęście łatwo = dodatkowy stresor dla przewrażliwionych opiekunów).

W ramach rozruchu, z centrum miasta poszłam na peryferie, do Kochanego, potem już tylko w Babcię i do domu. Po obiedzie rozmawiałam z mamą. Wieczorem wyszłam z małżonkiem na spacer nad morze; część ekskursji odbyła się przy akompaniamencie rozmowy Freda ze Stu; szwagier objaśniał postępy w temacie zmian życiowych (powoli odwraca mu się na dobre). Pogoda bardzo specyficzna, nad wybrzeżem przez cały dzień unosił się burzowy zaduch (po konsultacji z pogodynką rano wzięłam nawet kurtkę przeciwdeszczową, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie niepotrzebnie). 

Wróciliśmy ze spaceru po dziewiątej (na plaży morska sałata oraz ostrzeżenie, że woda może być nie ten teges, gdyż w oczyszczalni było małe ziaziu). Aktualną lekturę zostawiłam w pracy, intencjonalnie, bo już wybiegam myślą do Gorzko, gorzko. Nóg nie czuję; herbata i inne przyjemności; Mleczaki tłuką się pod biurkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.