W ramach rozruchu, z centrum miasta poszłam na peryferie, do Kochanego, potem już tylko w Babcię i do domu. Po obiedzie rozmawiałam z mamą. Wieczorem wyszłam z małżonkiem na spacer nad morze; część ekskursji odbyła się przy akompaniamencie rozmowy Freda ze Stu; szwagier objaśniał postępy w temacie zmian życiowych (powoli odwraca mu się na dobre). Pogoda bardzo specyficzna, nad wybrzeżem przez cały dzień unosił się burzowy zaduch (po konsultacji z pogodynką rano wzięłam nawet kurtkę przeciwdeszczową, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie niepotrzebnie).
Wróciliśmy ze spaceru po dziewiątej (na plaży morska sałata oraz ostrzeżenie, że woda może być nie ten teges, gdyż w oczyszczalni było małe ziaziu). Aktualną lekturę zostawiłam w pracy, intencjonalnie, bo już wybiegam myślą do Gorzko, gorzko. Nóg nie czuję; herbata i inne przyjemności; Mleczaki tłuką się pod biurkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.