Czy to będzie ciekawe, czy to się utrzyma, takie odliczanie lata? Nie wiem, ale na razie załatwia mi tytuły, więc git ;]
Poszliśmy spać po północy, nic więc dziwnego, że obudziłam się, kiedy się obudziłam, i z tego tytułu Mleczaki miały późniejsze śniadanie. Z Kochanym skończyliśmy jeść swój pierwszy posiłek ok. jedenastej. Miałam objawienie okienne: nie możemy uchylić okna na dole, ale przecież na razie Mleczaki nie doskakują do lufcików. Czyli w Kuchniosalonie temperatura w końcu spadła, thanks gods. Zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać kocie harce i porozmawiać chwilę (= czterdzieści pięć minut). Dzień w rytmie płyty Fugazi Marillionu. Leniwie. W połowie dnia długo myję włosy pod prysznicem, potem robię obiad typu dwa tysiące kalorii w jednym posiłku (świderki z sosem, dużo cheddara, pepsi do popitki). Aaaa, sjesta. Pochmurno. Leżakuję z jednym okiem otwartym, gdy w ogrodzie spada deszcz; podchodzę do okna, widzę jak w tym deszczu wielki trzmiel ciśnie do schronienia. Trzmiele są super.
Po piątej wypad do El Paso na kawę, potem do przyjaciół. Costa niewiele przed zamknięciem, omówiliśmy w niej różne filozoficzne sytuacje. U Ka&Jot, po cieście z rabarbarem i opiciu się zieloną herbatą obejrzeliśmy In Bruges. Lubię jak film jest równie dobry za drugim razem.
Przed chwilą wróciliśmy do domu. Niebo nad wyspą nadal jaśnieje. Kitki znowu jedzą.
o poranku jeszcze rozkoszniejsze.
OdpowiedzUsuńTatralna
@Teatralna, zapewne :D
Usuń