Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rehab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rehab. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 kwietnia 2021

477-478. Małe rozgrzebanie.

Środa odbyła się bez fajerwerków, pomijając oczywiście Fredowe wejście pewnym krokiem w nową pięćdziesiątkę — zaliczyliśmy spacer nad morze (po zakończeniu mojej pracowniczej nasiadówki i po rozmowie z mamą; w trakcie napadał na nas deszcz, ale pomimo szarości okolica pachnie wiosną i było nam w tym deszczu całkiem miło), pizzę na rozgrzanie po spacerze, wykład dr Traut-Seligi na fb o mitologii słowiańskiej i Chłopców z ferajny (1990) na dobranoc. Pod wieczór zapukała Anne i przyniosła Fredowi kawałek urodzinowego ciasta od Majkela. 

Dzisiaj przy śniadaniu zadzwonił tata, tak sobie, żeby połączyć nas z babcią i pokazać wszystkie fotele w domu zajęte przez futrzaki. W zasadzie większość dnia zajmowałam się nowym szablonem bloga. Odłożyliśmy wyjazd do miasta na jutro, bo jutro i tak trzeba będzie się ruszyć. Fred długo rozmawiał z Jackiem, który w końcu założył sobie konto na fb, potem na kolację zjedliśmy makaron i małżonek opowiadał mi o bitwach Napoleona. Oboje byliśmy zbyt zmęczeni na film, słuchamy za to Wojdyłły u Sekielskich.

Jak chcę się przytulić, to się przytulam. Często chcę.

niedziela, 29 listopada 2020

348. Krajobraz z mgłą.

W ciszy szłam sobie i szłam.

Około południa umościłam się wygodnie we fredowym fotelu, z nogami na tapczanie, pod zielonym kocem. Z paroma przerwami, przed czwartą było już po książce, tym łatwiej, że wczoraj doczytałam Pod Mocnym Aniołem do rozdział trzynastego włącznie. Bardzo sprawnie napisał to deliryk, trochę się krygując, że już delirykiem nie jest. Tym chętniej wciągnęłam jego biografię pióra Kubisiowej na listę " do kupienia", tym bardziej też doceniam kunszt scenariusza smarzowskiego, który to Smarzol wytrawnym scenarzystą będąc, nie dał się zwieść.

Rozmowa z Lusią trwała nieomal dwie godziny — co dziesięć minut już prawie szłam pod prysznic, ale tematyka naszego życia romansowego okazywała się zbyt wciągająca.

Zauważyłam na facebooku, że Strajk Kobiet odbył się dzisiaj także w moim rodzinnym mieście, z tej okazji nowa lektura zaraz odpali: Z nienawiści do kobiet, zbiór reportaży Justyny Kopińskiej (Świat Książki, 2018). Pachnąca, czyściutka i mądra czekam na Freda.

sobota, 24 października 2020

312. Dwoje odchamionych imigrantów i kot.

Po śniadaniu telekonferencja z domem, żeby tatko mógł pokazać kanie, które przed chwilą zebrał, poza tym aktualizacja wiadomości o stanie Polski ustami mamy. Pogoda jest jako taka, ale nie wyszliśmy na spacer, za to kilkakrotnie dokarmiamy szpaki. Pochłonęła mnie lektura rozpoczętego jeszcze wczoraj wieczorem Rehabu Osiatyńskiego (Iskry, 2003). Skończyłam rozsierdzona nieco ideą Boga, który niby taki jest niezbędny w terapii (poprawkę biorę, że to terapia z czasów zamierzchłych, a myśl ludzka idzie do przodu). Fred czyta Zakonnice odchodzą po cichu Abramowicz (Krytyka Polityczna, 2017). Przygotowuję obiad, potem piekę naleśniki. Po naleśnikach z dżemem truskawkowym Szerlok i The Illustrious Client. Gdybym mieszkała w Polsce, poszłabym na demonstrację. Nie antycovidową, na tę drugą. Niby kota w tej notce nie ma, ale to tylko pozory. On jest cały czas.

środa, 5 sierpnia 2020

232. Koniec czytanki i rajdy po okolicy.

Nowy interfejs bloga ma małe braki, ale przyzwyczajam się.

Fred wrócił z pracy po pierwszej w nocy. Kupił mi w prezencie dziwaczny top, różowe moro European Culture. Po południu, chodząc w samej bieliźnie (gdyż nie chcę sobie pobrudzić nowych spodni od żony) zrobił dla nas obiad.

Po wczorajszej przerwie wróciłam do książki Halber (Fred dostał ją kiedyś tam od znajomej Słowiańskiej Faszystki). Początkowo autorka dość się ślizgała, widać było wysiłek, żeby w to nie mieszać patorodziny. Ujęła mnie jednak, że jasno pisze o poczuciu pustki. A na końcu bum, o najciekawszym, o nawrotach, na zaledwie kilku stronach. Nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie czekając na męża na parkingu przed basenem, pyknęłam Halber do końca. Potem wróciliśmy do domu przez ... Dunleer, gdyż ... ja prowadziłam. Trójeczka, czwóreczka, ja jak mysz spocona, mąż władczy ;).

Niespodziewanie rozpogodzony wieczór jest bardzo ciepły i bezwietrzny, przed zawinięciem do domu zjeżdżamy na chwilę do portu. Cisza, na skałach kormorany gadają przed snem, a w oddali migają światła masztu na Ravensdale i miasteczka w Północnej. 




Do zielonej herbaty zajadam właśnie wczorajszy placek, czyli rogowol (słownik babci Mani). 

Jest plan wstania jutro o piątej. Rano.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

230. Niespodziewanie poniedziałek.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio był rozdzialik Sagi, ale dzisiaj otworzyłam na Déjà vu, o tym jak w 1937 w Białowieży Mościcki polował z Goeringiem. Ludzie, kurwa, ja pierdolę. Dziewięć stron. Niedługo skończę, niedługo. Simona też miała nerwa jak to pisała, z pewnością.

Dla poprawienia nastroju zaczęłam czytać historię o alkoholizmie (dla poprawienia nastroju, zaznaczam). Najgorszego człowieka na świecie Małgorzaty Halber (Znak, 2015) pykniem szybko, tak czuję.

Fred skosił trawę, i wysadziliśmy do ziemi lawendę, która do tej pory zajmowała podłużną, ceramiczną donicę przy drzwiach wejściowych męcząc się w niej cholernie. Gdzieś w głowie oboje mieliśmy wgrane, że małżonek wieczorem na basen, potem zakupy i ćwiczenie kierownika. Ale basenu nie dało się już zarezerwować i dopiero w drodze uzmysłowiliśmy sobie dlaczego. Bank holiday. Stąd te dzikie tłumy wczoraj w Carlingford i dzisiaj na mieście. Pojechaliśmy na zakupy pod wieczór, więc tłumy Hunów minęliśmy bokiem. Kupiłam Fredowi sympatyczne spodnie w TK Maxxie. Poza tym to ja kierowałam spod Drołdy do domu. Jeżdżę jak ciaptak, ale skutecznie. Czasu sobie nie liczyłam, na razie Kubica ze mnie żaden i nie planuję aspirować.

czwartek, 14 maja 2020

149. Dzień, jak co dzień ...

ale pamiętajmy za poetką, że nic dwa razy. Pogodowo było trochę lepiej. Fred pojechał po chleb, gdy wrócił, przed obiadem poszliśmy na spacer. W drodze powrotnej mężu obfotografował czarnego kotka chowającego się w wysokiej trawie.


Wieczorem obejrzeliśmy Skazanego na bluesa (2005). Sam film taki sobie, scenariusz słaby, aktorzy dorośli robią, co mogą, kwestia uzależnienia tak spłaszczona i umajona pierdami, jak tylko się da — romantyzacja w wersji premium ze współuzależnieniem w tle. W połowie Fred porozmawiał telefonicznie z kuzynem z Miasteczka i przerwa krzywdy filmowi nie zrobiła.

Z rzeczy miłych: przypomniałam na blogu Galaktycznym o zbiórce Norberta, która utknęła jak nieszczęścia i nie wiem, kto wpłacił, ale zrobił to z komentarzem "Świechna mnie zmobilizowała, życzę zdrowia". Taka drobna przyjemność wieczorna, która niesamowicie mi ego podłechtała. Późną nocą słuchamy na żywo Mary Bridget Davies, która śpiewa na oficjalnym profilu JanisJoplin.