Środa odbyła się bez fajerwerków, pomijając oczywiście Fredowe wejście pewnym krokiem w nową pięćdziesiątkę — zaliczyliśmy spacer nad morze (po zakończeniu mojej pracowniczej nasiadówki i po rozmowie z mamą; w trakcie napadał na nas deszcz, ale pomimo szarości okolica pachnie wiosną i było nam w tym deszczu całkiem miło), pizzę na rozgrzanie po spacerze, wykład dr Traut-Seligi na fb o mitologii słowiańskiej i Chłopców z ferajny (1990) na dobranoc. Pod wieczór zapukała Anne i przyniosła Fredowi kawałek urodzinowego ciasta od Majkela.
Dzisiaj przy śniadaniu zadzwonił tata, tak sobie, żeby połączyć nas z babcią i pokazać wszystkie fotele w domu zajęte przez futrzaki. W zasadzie większość dnia zajmowałam się nowym szablonem bloga. Odłożyliśmy wyjazd do miasta na jutro, bo jutro i tak trzeba będzie się ruszyć. Fred długo rozmawiał z Jackiem, który w końcu założył sobie konto na fb, potem na kolację zjedliśmy makaron i małżonek opowiadał mi o bitwach Napoleona. Oboje byliśmy zbyt zmęczeni na film, słuchamy za to Wojdyłły u Sekielskich.
Jak chcę się przytulić, to się przytulam. Często chcę.




