Wczoraj, czyli dzisiaj, nie mogliśmy zasnąć. Po skończeniu Trzech panów wróciłam do biografii Ciechowskiego Stelmacha porzuconej w zeszłym roku po pierwszym znurzeniu kilkudziesięcioma stronami lektury. Tak zeszło do wpół do drugiej w nocy. Fred siedział nad laptopem do trzeciej, potem wierciliśmy się oboje w łóżku, aż po nosach zaczął nas smyrać świt.
Pogoda jest zdradliwa, za oknem słoneczko, ale krótko po tym jak wstałam zaczął wiać bardzo nieprzyjemny wiatr. Przed południem Fred wyjrzał przez okno w kuchni i odkrył, że Katlin i Majk obchodzą złote gody — nad ich oknem wisiała taka informacja wypisana wielkimi literami. Skoczyliśmy do Termon, bo na szczęście od poniedziałku jest już otwarty lokalny gift shop. Wybraliśmy dla nich dyfuzor do olejków eterycznych w kształcie zmieniającej kolory lampy (Newgrange Living) i olejek o zapachu trawy cytrynowej. Wręczyliśmy im prezent od razu po powrocie, zastając tam przy okazji najmłodszą siostrę Katlin, która też wpadła z prezentem. Oczywiście musieliśmy posiedzieć w salonie na little chat o wszystkim.
Wiatr przerodził się w sztorm, który skutecznie unieruchomił nas w domu, zacina od południa, szeroko, przez cały kraj. Ryś po raz kolejny mnie zdumiewa ... wiedział o tym sztormie od samego początku, gdy tylko przyszedł z rana mnie obudzić w celu konsumpcji paszteciku. Po posiłku, zamiast zwyczajowego spaceru, zasiadł na parapecie i wpatrywał się w śliczne, prawie bezchmurne niebo. Poszedł spać na łóżko i dopiero po lunchu poprosił o otworzenie drzwi. Gdy południowy wiatr zawiał mu prosto w pyszczek, plany na popołudnie zostały przypieczętowane. W twarz?! Mówię wam, idzie sztorm, a ja idę spać.
Wczoraj łudziłam się, że zakończę Sagę puszczy, czytanie o podłości ludzkiej mnie jednak przerasta. Tylko Ochrona, zostało kilkanaście rozdzialików, codziennie poczytam tyle, ile dam psychicznie rady. Za to Lżejszy od fotografii (WL, 2018) zaciekawiła mnie, skończyłam podrozdziały 42-37. Mam nadzieję, że infantylność wypowiedzi córki Ciechowskiego, która spowodowała, że odłożyłam biografię na tak długo, nie pokona mnie za szybko. W czasie lektury mała przerwa na eklerka i cup cake, które po szóstej Majk przyniósł nam z rodzinnej imprezki przeskakując między kroplami sztormowego deszczu. Wiatr ma się nasilać do północy.
Nie przepadam za takim czytaniem kilku książek na raz.
OdpowiedzUsuńChcę zakończyć tę, którą rozgrzebałam, ale bez pocieszki nie dam rady.
UsuńPogodę masz bardzo podobną jak ja..W Szkocji:)) Pozdrowienia:)
OdpowiedzUsuńI czasem szkocki wietrzyk do nas zagląda sypiąc piaskiem po oczach :)
UsuńJa nauczyłam się rezygnować z czytania książek, które mnie męczą lub nużą. Szkoda mi czasu i nerwów. Kto mi nakaże czytać coś od początku do końca, jeśli wiąże się to wyłącznie ze stratą czasu?...
OdpowiedzUsuńEch, książka z ogromem wiedzy na temat puszczy, i dobra, choć ogromnie podszyta pesymizmem autorki. Wcześniej nie myślałam tak o Simonie - że była smutna i pełna złych przeczuć. Po prostu są książki, które bolą.
UsuńTal ładnie i łagodnie wsiąkasz w krajobraz...
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, jakbyś wzorem Ryszarda, mościła sobie posłanko w nowej Ojczyźnie. I do tego Twa druga połówka wydaje się strzałem w dziesiątkę.
"trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!" - tego życzę.
Tyle tu spokoju...