Kurzonki mnie napadli. Wczorajszy spacer nic nie miał z tym wspólnego. Przed wyjazdem, na prostej drodze we własnej kuchni nieodpowiednio postawiłam stopę. Bardzo to upierdliwe, trudno jest siedzieć, mam focha i nic mi się nie chce.
___
edit 21:30 Małżonek nosił dzisiaj skarpetki w małpki. W bólu trochę pomógł mi gorący prysznic i spacer nad morze. Nad morzem mnóstwo zielonej sałaty, wyrzuconych na piasek meduz i niebo coraz bardziej zachmurzone. Fred jedzie na basen na ósmą, a ja mam w tym czasie drugi dziś chit-chat z Anną (pierwszy był przed spacerem). Dwaj chłopcy ponownie zainteresowali się naszym ogrodem, i Anna spłoszyła ich pukając w okno zanim wyszłam z kubkiem herbaty w ręce zapytać najuprzejniej, o co się rozchodzi. W efekcie stojąc w ogródku pogadałyśmy sobie o tym, jakie te dzieci dziwne nowadays. Jestem ciekawa, co ich zainteresowało, bo przez okno odniosłam wrażenie, że tłumaczą sobie zasady jakiejś gry.
___
edit 22:30 Przed dziesiątą wychynęłam z domu zaniepokojona, że Fred nadal nie wrócił. Skończyło się półgodzinną pogadanką o zmroku w ogródku Anne, z nią, jej mężem, Fredem i Katlin, oraz zapisaniem się na pierwsze w życiu zajęcia jogi.
piątek, 7 sierpnia 2020
234. Buuu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Kiepsko. Zdrowiej.
OdpowiedzUsuńZapalenie nie jest aż tak złe jakby mogło być, bo ruch pomaga (a to już dobrze). Dzisiaj nadal bolało, ale czuję, żen obejdzie się bez lekarza.
UsuńBardzo fajny pomysł na bloga! Co do tych kurzone to nie fajnie, oby wszystko wróciło do normy ;)
OdpowiedzUsuńZapraszam na konkurs: czytanko.pl