Fred wrócił około piątej rano.
W czasie seansów Panny Marple przeprasowałam wszystko, co się dało prasować. Przed południem poszedł na to odcinek Strzały w Stonygates (2009) z udziałem Joan Collins, wieczorem Tajemnica bladego konia (2010). Ten drugi z pewnością już oglądałam.
Drugie śniadanie było złożone z cieplutkich sconesów, które Katlin przyniosła mi jeszcze, gdy Fred słodko spał.
Odezwał się do nas Ryanair i zaoferował vouchery zamiast wypłaty gotówki za nasze dwa podejścia do lotów, które się w tym roku nie odbyły. Skorzystaliśmy po ekspresowej naradzie. Bo przecież zamierzamy lecieć. Kiedyś.
Przekwitła krokosmia. Jest ciepło, ale pochmurno. Gdy po obiedzie, około czwartej mąż wyjeżdża do pracy, na ogród spada leniwy deszcz. W powietrzu pachnie już jesienią.
Przed chwilą zmitrężyłam też trochę czasu na aktywowanie czytnika irlandzkiej karty bankowej, który leżał nieużywany od kilku miesięcy. A wcześniej przyszyłam dwa guziki do gołębiego płaszcza Freda i zacerowałam mu dziurę w starym swetrze. Dość tego dobrego, jeszcze się przepracuję :] Małżonek pojechał do Dublina wcześniej, żeby w Tower Records kupić pięć płyt. Będzie miły poranek, będzie słuchanie. A teraz jakiś film ... i już miałam poszukać grzecznie filmu, ale zaczęłam przez internet rozmawiać z Anne o tym, co się dzieje w Polsce, i o naszym nieudacznym prezydencie. W efekcie kończę dzień z The Power of Poetry na IntelligenceSquared.
Tylko po co prasować ręczniki?
OdpowiedzUsuńJa niczego nie prasuję.
Nie ma konkretnego powodu, poza takim, że to jest przyjemne. Ręczniki nie mają zakładek i falbanek, fajnie się je składa i zaprasowuje na każdej stronie. Taka trochę medytacja ;)
Usuń