Po wspólnym śniadaniu długi, przemiły spacer do morza i z powrotem przez wieś. W powietrzu latają pajęczyny i osiadają nam na głowach. Jakiemuś lokalesowi na spacerze z psem spodobały się buty Freda, to mu zaraz to powiedział. Był duży odpływ, więc zaszliśmy dalej po plaży, żeby eksplorować nową ścieżkę na wydmie. Ciepło i zaszalałam z golizną przedramion. Po spacerze zamiast obiadu był wyjazd na małe zakupy spożywcze, ucieszyłam się, że nareszcie znalazłam wit. D i folacynę w odpowiednim rozmiarze do połykania, zapas na jesień zrobiony :) Już w domu Fred pogadał telefonicznie z Elizabetą - wieki nie byliśmy u niej na zachodnim wybrzeżu, rozmowa się nie klei, czyli z synem Krisa mieszkać to nie miód i orzeszki. Mogę Fredowi powtarzać "a nie mówiłam", a on mnie, ale każdy jest dorosły i sam podejmuje decyzje. Poza tym spokój, dobry obiad, kot pogodzony z faktem spania w nocy w domu zalega na łóżku, choć okno otwarte. Kończę dzień krewetkami smażonymi na maśle, których zapach już się unosi w kuchni.
Ciekawe, jak nazywano po angielsku taka złotą jesień przed odkryciem Ameryki.
OdpowiedzUsuńNiestety nie wiem, u nas to babie lato, a w innych krajach często są odniesienia do świętych. Za to po irlandzku nazwa jest piękna - Fómhar beag na ngéanna. Mała jesień gęsi :)
UsuńNo własnie, Słowianie niewątpliwie mieli już baby, więc to nasze babie lato może być całkiem stare. Mała jesień gęsi pewnie też jest archaiczna.
Usuń"Indian" po angielsku odnosi się też do Indii, choć chyba nie w tym przypadku.
Usuń