Wpis zaczynam od uwiecznienia prezentu od Aś (wczoraj wieczorem byłam tak zlasowana, że nie miałam siły gmyrnąć przy pamięci aparatu). Nasi przyjaciele i znajomi trafiają w nasz gust i potrzeby :D
Poranek zaś był taki, że otrzeźwił mnie Patryk Jaki przemawiający w PE na facebookowym feedzie mojego kuzyna Grega (Jaki przepraszają za Patryka, a ja rymuję, wiem). Przypominam sobie, jak tatko szukał Gregowi miejsca w zawodówce, bo technikum okazało się dla niego w trakcie roku szkolnego zbyt dużym wyzwaniem. Cóż, tak się wykuwała nowa elita, która teraz ma w końcu szansę zaistnieć. Pora wstać. Ponieważ od zeszłego piątku ekspres niedomaga, tym razem nie robiłam Fredowi kawy, ale czekałam, aż się obudzi, fizycznie i mentalnie, żebyśmy mogli pójść na spacer wspólnie, bo słoneczko zachęcało do aktywności. W tej sprawie nasze tempa się rozchodzą, ja zwykłam znajdować radość w spacerze przedpołudniowym, Fred o tej porze ma rozruch. Ostatecznie wyszliśmy po pierwszej. Była fatamorgana ...
... był pies, który radośnie przypędził do nas jak wicher nie zważając na okrzyki opiekuna, i równie szybko do niego powrócił, bo jest good boy, z tego powodu zdążyłam mu zrobić tylko zdjęcie ogona ...
... i gęstniejące chmury ...
... które zlały nas dokumentnie w drodze powrotnej ...
... ale oboje w goretexach wróciliśmy do domu z uśmiechami na twarzach. Od razu wyskoczyłam z mokrych spodni i zabrałam się za pichcenie rosołu, chłód jednak pozostał we mnie na dłużej. Ponieważ jestem wyziębiona, Fred pojechał do Ka&Jot sam (z komputerem, żeby pokazać im nasze zdjęcia ślubne). A ja się dogrzewam i planuję obejrzeć ostatni odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (1984-86). Ach, i takie zdjęcie zrobiłam zanim zapadł zmrok:
- Mamo! One się ze mnie śmieją!
Szpaki się doigrały, najwyraźniej. Jesteśmy przekonani, że te śliczne ptaki wystawiają czujki pod naszym adresem — wystarczy, że cokolwiek jadalnego wystawię na miseczce przed dom, a nie zdążę zamknąć drzwi, jak chmara darmozjadów opada na trawnik. Mają chyba zestaw krótkich sygnałów, wyraźnie dzisiaj widziałam jednego szpaka na kalenicy domu sąsiadki, który patrząc mi prosto w twarz zrobił znak skrzydłami i wydał z siebie krótki gwizd. Rzut oka do tyłu, i widzę jak już lecą ... Sami ich tego nauczyliśmy, to teraz mamy :). Rysio wieczorem wdrapał się na sąsiadujący dom i łapką mieszał pod dachem, gdzie nasi skrzydlaci sąsiedzi chętnie nocują. To musiało być coś osobistego.
Z rzeczy smucących: w najbliższym czasie ze względu na pandemię raczej nie będzie kolacji we czworo, nas i Anne z mężem. Po drugie, od jakiegoś czasu Katlin niedomaga, diagnoza odkłada się w czasie. Po trzecie, teść wyraźnie głuchnie.
Rysio fajnie wygląda na tym dachu :)
OdpowiedzUsuńChwilę wcześniej leżał na brzuszku i łapką mieszał w tej dziurze pod spodem :D
Usuń