Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpaki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2025

1974. Piękny dzień ...

... kusił i skusił. Z Drołdy pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, a potem do Blackrock na nie wiadomo co (spacer był, czyli jednak wiadomo).

Ponieważ zawsze dziwimy się światu, znaleźliśmy takie coś:

I to wcale nie jest muszla, tylko os sepiae, kość mątwia. 

W domku na obiad sklepowe krokiety; dupy nie urywały, ale mogą być. Ogólnie mam jak do tej pory dość spokojny tydzień pracowniczy: Szef jest dziwak, co bardzo dobrze mi współgra z moją własną dziwnością, praca zazwyczaj niezbyt stresująca, mam czas na zajmowanie się sprawami pobocznymi. Wieczorem piszę, podsłuchuję mężowskie rozmowy telefoniczne piąte przez dziesiąte i gapię się przez okno. 

Sąsiadka napisała mi wiadomość, że opiekuje się dwoma ukraińskimi kotami, do czasu aż ich właściciele znajdą dom, w którym będą mogli mieć zwierzęta. Zaszłam, zapoznałam się z rodzeństwem, piękne maluchy, bardzo odważne i żwawe:

Po powrocie od sąsiadki Kochany mi oświadczył, że się nam wykluły młode ;) Tzn. znalazł część skorupki jajka, najprawdopodobniej szpaczego:


Przy okazji inspekcji ogrodu się okazało, że ślimonie już wpierniczyły część łubinu i szałwi; odpowiedź jest stanowcza i bezwzględna.

środa, 8 stycznia 2025

1849. Kolejny poranek ...

... obłożony grubym, białym szronem. Kochany zauważył, że za znikanie jabłek jest odpowiedzialna wrona, mąż przyłapał ją jak posilała się sprawnie przytrzymując sobie owoc wronim pazurem. Reszta czeredy jak zwykle, a pan kos nieśmiały. Zdjęcia zrobione przez brudną szybę:





Wyjechaliśmy. Najpierw do TK Maxxa po nowy kalendarz ścienny (pani na kasie pochwaliła Freda za outfit, napomknęłam jej zgodnie z prawdą, że to jest właśnie najelegantszy pan we wsi, a jam jego małżonka, muszę sobie jakoś z tym radzić), potem do Jyska na oglądanie mebli (mamy szafę na oku, w zasadzie witrynkę, trzeba podjąć decyzję jak zagęścić naszą dziuplę), był zakup dynksa w Homestore i jeszcze w Harveyu Normanie gapiliśmy się na maszyny do kawy robienia (Smeg się nam podoba). Następnie cofnęliśmy się do centrum miasta, żeby coś zjeść. Tutaj spotkały nas dwie niespodzianki. Po pierwsze Cedar Gate chyba znika z panoramy miasta, ściągnięto szyld, miejscówka jest w remoncie. Wobec takiego zwrotu akcji (dwa miesiące temu nic tego nie zapowiadało) Kochany wspomniał o The Merchant, przeszliśmy obok, sprawdzić lokal, a tam podobnie, ciemno głucho, nikogo nie ma w domu! Cóż nam pozostało, udaliśmy się do Il Forno. Menu jakieś takie wyskubane, bez mojego ulubionego makaronu, ale przynajmniej obsługa miła. Trudno, oboje zamówiliśmy pizzę i oboje wzięliśmy niedojedzone resztki do domu, żeby mieć jeszcze miejsce na kawę, gdyż po drodze Czarna przecież.

O trzeciej byliśmy kawy pełni i prawie gotowi do powrotu. Jeszcze tylko skręt do Szkota, do księgarni, gdyż puzzle 1000 za mną chodziły od co najmniej roku. Z wielu literackich historii obrazkowych wybrałam tę:

Żadnych książek tym razem, podotykałam kilka, ale byłam niezłomna ;) Kochany za to skręcił do dziupli z płytami, i skoro ja mam puzzle, to on ma najnowszą płytę cd The Cure, Songs of the Lost World (2024).

Kalendarz ścienny’25 już wisi, szkoccy koloryści, np. taki George Leslie Hunter:


... w głośnikach The Cure. Dobre to jest.
____
edit 22:00 Stary mietczynski opowiadał o kinowym Wiedźminie, a nowa Gosia o rupieciach zakupionych po charity shopach w nowym roku; The Cure zaśpiewali nam trzy razy to samo; przygotowałam się jako tako na jutro i szlus, wincy odemła nie wymagajta.
___
edit 22:47 pragnę jeszcze nadmienić, że miałam dzisiaj męczące sny: byłam na wakacjach, ale cały czas mi się zdawało, że przegapiłam dzień w którym pracuję i nie mogłam się doliczyć, jak daleko jeszcze do końca wakacji. Idę już, idę…

piątek, 22 listopada 2024

1802. Czyste powietrze.

Z powodu moich utyskiwań nosowych Kochany przypomniał sobie, że mamy zupełnie nieużywany oczyszczacz powietrza i przed wyjazdem do pracy wyciągnął go z szopki (Rowenta PU2350, zapisuję dla pamięci). Rzeczywiście, urządzenie było jeszcze zapakowane w oryginalną folię, testowałam je dzisiaj dość intensywnie; trudno powiedzieć, czy cuda czyni, ale oddychać jakby milej.

W ogrodzie znowu szron. Ewolucji karmnikowych ciąg dalszy:

Z wolnychlektur.pl pobrałam Próby de Montaigne'a, chociaż przede wszystkim słucham audiobooka (stwierdziłam, że jak mi się odechce słuchania, mogę kontynuować czytając). 

Kochany wrócił po pracy zziębnięty, ale wesół (jutro ma wolne). W czasie późnego obiadu rozmawialiśmy z ciocią Ce, wiadomo, życzenia. Rozmowa nie była długa, chyba nadal nie jest tam za dobrze, ciocia jak zwykle ucieka w pracę. Po ósmej zadzwonił Ka, podzielić się swoimi dzisiejszymi przygodami i sukcesem starszaka (jest nowa szkoła). I tak zeszedł dzień (trochę na koty, bo o tym też rozmawialiśmy z ciocią Ce: czy przewidujemy kociego lokatora). Przeszłam w stan prehibernacji, nic nie robię, co najwyżej zmywanie garów, prasowanie, nosa dotykanie. Jutro ma wiać, może wywieje, co zbędne.

środa, 20 listopada 2024

1800. Cold snap.

Góry Mourne nie kłamały, zapowiedziały zimę i jest. Rano świat pokryty szronem, słonecznie, chłodno, zamarzły poidełka, skrzepła ziemia w doniczkach z cebulami narcyzów. Miało nie być ptasiej stołówki, ale nie godzi się w taki dzień (jestem miękka jak stary jasiek). Były więc ziarna, suszone robale, kawałek zepsutego naleśnika (w sensie: w nieregularnym kształcie, ale świeżego), poza tym ze zmarniałego elstara zerwałam kilka jabłek, przekroiłam i dodałam jako witaminki (pan kos od razu się pojawił bardzo kontent z zaistniałej sytuacji). Na początku przyleciały dwa szczygły (czyli stado musiało się czaić w pobliżu), do szpaczej czeredy dołączył rudzik, mignęła mi też gdzieś pliszka, oraz nieśmiała modraszka, a między wróblami znowu pojawiła się jedna zięba. Regularsi:




Upiekłam kilka naleśników, dobre wyszły (tylko ten oddany ptakom był w kształcie Wyspy Północnej). Po kaffce zabrałam się za przygotowania na jutro, a Kochany wyjechał do miasta, nadać paczkę do Krakusów i zrobić zakupy spożywcze (inauguracja zimowej uszanki). W trakcie pracy weszły mi dwa naleśniki do spółki ze smażonymi jabłkami od Jot, palce lizać (zupełnie zapomniałam jak bardzo lubię smażone jabłka, gdybym nie była ujową panią domu, byłabym sama zrobiła). Kochany wrócił z miasta po kilku godzinach (jeszcze nie do końca się wyrobiłam), z prowiantem i pomysłem na prezenty dla Katlin i Majka (kosmetyczki); po rozłożeniu całego majdanu, Fred zrobił nam obiad bardzo pyszny (zjedliśmy o szóstej). Potem dostałam newslettera od Ganszyniec na temat sensu brzydkości listopada i bezsensie świętowania bez przerw. Już do tego doszłam sama, ale zapisuję w kajeciku adekwatne opowiadanie Le Guin do przeczytania. Nie będę więcej mówiła, że listopad jest brzydki, to się rozumiem samo przez się ... i tak właśnie ma być.

Wieczorem jeszcze rozmawiam z Anne, o księżniczce Junonie, kiedy będę się nią opiekowała, oraz o kotach ogólnie, bo to zawsze dobry temat.

niedziela, 10 listopada 2024

1790. Dzień jeża.

Kochany do pracy, żona w domu, prasuje gacie i ogląda Rebekę w wersji BBC z 1978 roku, z doskonałym Jeremym Brettem (nigdy nie słyszałam o tej ekranizacji, Brett wspaniały, idealny Max de Winter). To miniserial, więc trochę czasu zeszło (tak naprawdę chciałam posłuchać po angielsku Przygód Sherlocka Holmesa, wyszło inaczej, więc może jutro). Przygotowałam się na poniedziałek, jako tako (mam poczucie dziury czasowej, ale nic więcej nie wykombinuję, sprawy okażą się w praniu).

Cieszy, że wrona-sąsiadka zauważa moje wejście do ogródka. Obwieszcza je podekscytowanym kraknięciem, czyli już wie, że trzeba wytężać wzrok, bo może gdzieś w obejściu zostawiono dla niej prezent. Fred twierdzi, że rano szpaki siedzące na dachu domu Katlin też reagowały ekscytacją na pojawienie się jego osoby. O wyszedł, idzie, idzie, wejdzie do ogródka czy nie wejdzie? posuń się, bo nic nie widzę!

Z drzewa genealogicznego wynika, że jestem m.in. z Jeży. Moja 6 x prababcia była z domu Jeżówna. Też mi nowina ;] 

piątek, 2 lutego 2024

1508-1509. Dobrze i źle.

Czwartek
Kochany miał zdecydowanie więcej ekscytacji (np. bardzo długi spacer z czterema psami), u mnie poranna radość z użycia wełnianych skarpet i powtarzalne nudy. Wieczorem rozmawialiśmy sobie o mężowskim kursowaniu po trasie nadbobrzańskiej (w tle u męża śpiewał Dyjak). Cieszę się, że plany Freda posuwają się do przodu. Tęsknię, dłubię, piorę, doprawiam.

Piątek
Miało nie padać, tak mówiła prognoza internetowa. Shame on you tak kłamać, prognozo (nie od rana, ale jednak). W Centrum zapracowałam na podwójną pensję: trzy godziny z atencjuszami i nikomu nie odgryzłam łba (po prostu jestem w tym dobra, ale tylko Wielki Bóbr wie ile mnie to kosztowało). Po dwunastej pożegnałam się z wszystkimi i poszłam na obiad do CG, potem powędrowałam na zasłużoną kaffkę w Czarnej i zakupy spożywcze do Tesco. Plany: najpierw przerwa, potem przez cztery tygodnie robię same miłe rzeczy. Długi weekendzie, przybywaj!

PS. Powrót do domu trochę jednak mną trzepnął. Korzystając z okazji, że pierwszy raz w tym tygodniu wróciłam o ludzkiej porze, gdy na świecie jeszcze jasno, zajrzałam do ogródka na tyłach. W zepsutym karmniku znalazłam padłego szpaka, który musiał się jakiś czas temu zaklinować w tej plastikowej tubie. Biedak :( I nasza to wina, pokrywka od karmnika odpadła i urządzenie nie powinno już wisieć w tym miejscu. Ułożyłam szpaka pod paprocią. Rozsypałam ziarna na trawnik :I (zaraz przyleciały dwie zięby).

środa, 24 maja 2023

1255. Znużona.

Fred wrócił do domu, gdy spałam. Obudziliśmy się razem; niestety Kochany zaraz musiał przygotowywać się do wyjazdu do Tralee. To cztery godziny drogi w jedną stronę, ciężka doba dla męża. Pa, kochana, do jutra. Pomachałam mu po dziesiątej rano.

Dzień miałam mniej rozgrzebany i zmitrężony niż wczoraj. Uczciwie zasiadłam do pisania jednego zadania TT (w przerwach robiąc przysiady, podcinając sobie grzywkę i gadając sama do siebie), po obiedzie dalsza część prasowania z oglądaniem Midsomer Murders (końcowy wyścig królika z żółwiem szanuję).Wyszłam na chwilę do ogródka popatrzeć jak chwasty rosną i zauważyłam dorosłego szpaka, któremu dwa niedorostki nie dawały spokoju domagając się od niego żarcia. Gdy przyjrzałam się mu bliżej okazało się, że ma uszkodzoną nogę. Nie dokarmiamy fruwaczy w sezonie letnim, ale otworzyłam specjalnie dla niego nową torbę suszonych robali. Podjadł trochę, posiedział przy misce. To chyba świeża kontuzja, bo ptak wyraźnie nie miał humoru. Zobaczę, czy jutro się pojawi. Na całej sytuacji skorzystali inni zarobieni rodzice. Młode są już wielkości dorosłych, ale nadal żebrzą o jedzenie.

Brak informacji zwrotnych na które czekam nuży mnie i demotywuje. Mogłabym myśl rozwinąć, ale szkoda sobie strzępić palców. Idę umyć włosy, odświeżyć się i może jeszcze chwilę coś popiszę. Fred faktycznie utknął w Tralee na dłużej.
___
edit 22:30 zmarła Tina Turner. Poza tym wieki całe nie lizałam brzegów koperty, żeby ją zakleić. Koperta była dołączona do kartki z kotem w swetrze, więc cóż, użyłam takiej, jaką miałam.

sobota, 10 grudnia 2022

1090. Już niedługo.

Wybrzeże przykrył szron, grubszy nawet niż wczoraj. Do porannego wyjścia na ogródek zmotywował mnie rudzik z którym nawiązałam kontakt wzrokowy wyglądając przez okno w sypialni. Byli tam już wszyscy: samiczka kosa skubiąca resztki jabłka, drzewko wróblowe, szpaki gadające na dachu, samotna pliszka szukająca czegoś pod szpaczym karmnikiem na którym urzędowały modraszki, kawka z leucyzmem. Przepraszam, kiedy będzie podawane? Nie mogłam im na razie wynieść resztek Ryszardowych posiłków z wczoraj, bo napotkałam Amber, która nie dawała się odpędzić z Rysiowego terenu.
___
edit 20:15 Wybadałam przygotowania mamy do świąt (wszystko w porządku, uszka i pierogi ze sklepu, barszcz w kartonie też kupiony, krokiety będą, jak się nam zachce zrobić) oraz ogólnie, jaki klimat. Klimat dobry, mama jest zadowolona, że w pracy nadal ją chcą, pomimo jej zaawansowanego (jak na Polskę) wieku i chyba jeszcze z rok/dwa popracuje. Cieszę się na wyjazd, jedno, co mnie teraz irytuje to dalszy problem z szyją, zauważyłam dzisiaj, że puchnie z jednej strony. Nie wiem, co mogę z tym zrobić przed pójściem do dochtóra (przypomniało mi się rano, że mam siemię lniane, to wypiłam, bo przecież nie zaszkodzi). Kochany tymczasem walczył z nieproszonymi gośćmi — kilkakrotnie gonił za Amber i Bánem, nie wystarczało na długo, ale Rysio doceniał (tzn. spał wtulony w kołderkę). Sądziłam, że na wieczór pojedziemy do Ka&Jot, ponieważ jednak Ka chciał obejrzeć mecz Francja — Anglia, a my się do tego nie paliliśmy, była wyprawa do Costy, TK Maxxa (Fred mi kupił czarny, filcowy kapelutek typu bucket; obsługiwała nas znowu ta sama miła sprzedawczyni, której się zapamiętaliśmy, bo jesteśmy zawsze uśmiechnięci) i Tesco. No i co? Jesteśmy z powrotem na chacie, Fred rozmawia ze Stu, czasem wierszem, jak to z bratem. Nadal nie dałam Annie prezentu (sąsiadka wyjechała i zostawiła światło w łazience). 

środa, 15 czerwca 2022

911. Skrót.

Ptasie mleczko w polewie karmelowej przed śniadaniem. Rozmawiamy o teorii ucieleśniania emocji w nawiązaniu do muzyki i książek. Potem idziemy na spacer, najpierw z kotem po osiedlu, potem na Głowę:






Fred nie czuje się najlepiej, pobolewają go różne ważne części. Po powrocie odgrzewam żurek, siedzimy w ogrodzie przy yerbie/herbacie, Kochany umawia się z przyjacielem na góry (jakieś, gdy będę poza domem). 

Szpak Protestujący (kot podchodzi do szpaczej miseczki i wyjada swoją własną karmę, której nie chciał jeść, gdy była w misce kociej):

Lubomski Conte'm (1997). W zasadzie miała być dalsza część obiadu, ale zamiast tego znużona zasnęłam przy boku Freda. Za dużo ciastek (pokarało mnie bólem brzucha), oglądam filmik Gosi na pocieszkę, a mąż planuje sierpniowy wylot do Polski. Lubomskiego Ambiwalencja (2008). Wu ma przez telefon głos pogodny, jednak dalej nie wiadomo, co on w zasadzie robi ze swoim życiem, gdy nie pracuje. Ból minął.

sobota, 22 stycznia 2022

Postscriptum #766.

Skrzydlaty Oddział Sprzymierzony w obiektywie mojego męża.







sobota, 23 stycznia 2021

403. Konfuzje.

Żałosne miauknięcie obudziło mnie tuż po ósmej. Przed chwilą Fred musiał pewnie wyruszyć do Navan zostawiając Rysia w środku, a kot sygnalizował mi łapki nienadające się do otwarcia drzwi. Za oknem ponownie słoneczny mróz  — to jedyne, co zauważyłam z zapowiadanego Christopha, który szałał nad Anglią. W wazonie rozkwitły bez uprzedzenia żonkile i hiacynt.

Jestem pewna, że szpaki można od siebie odróżniać, gdyby poświęcić temu więcej uwagi. Jest jeden bully, większy, czas przy jedzeniu marnuje na odpędzanie od niego innych i kłótnie powietrzne. Jeden bardzo nakrapiany jest niezwykle odważny, podlatuje nawet do robaków przy oknie, gdy widzi mnie po drugiej stronie szyby. Przylatuje też gawron z leucyzmem, wydaje mi się zresztą, że jest takich w okolicy przynajmniej dwóch. Czarne ptaki niespodziewanie upstrzone białymi łatami zawsze mnie intrygują.

Siłą prasowania i rozpędu obejrzałam dwa odcinki belgijskiego detektywa, Tajemnicę hiszpańskiego kufra i Kradzież królewskiego rubinu (obydwa z trzeciego sezonu, 1991). Fred wrócił do mnie bardzo wzburzony — parkingowy duchołap wlepił mu karę za brak biletu, choć małżonek był przekonany, że bilet wydrukował. Wydrukował tymczasem anulowanie transakcji i rano nie zauważył pomyłki. Zanim załatwi tę sprawę do końca (wpłata kary lub odwołanie), musi jeszcze poczekać na wydruk z banku, że kasa naprawdę nie została ściągnięta z karty. Zajedliśmy to makaronem. Mnie z kolei się pomieszało, że jutro będę Freda miała tylko dla siebie, tymczasem Kochany pracuje jeszcze dwa dni i ponownie idzie wcześniej spać. Zostaję jeszcze na nogach i usiłuję się zmęczyć czytaniem.

czwartek, 14 stycznia 2021

394. Rytuały.

Fred o świcie wyruszył w kierunku dublińskiego Blackrock, tym razem obyło się bez sensacji, a ja skoro już wylazłam z wyrka nastawiłam pranie i ... z laptopem wskoczyłam ponownie pod kołderkę. Nie wypuściłam się na plażę, po drugim śniadaniu odpaliłam za to kamerkę — porozmawiałam dłużej z babcią Manią i dowiedziałam się paru sekretów. Ciiii. Czyli nie mam nic do pisania poza tym, że dom przysypany śniegiem, babcia czuje się dobrze i rozmawia z sensem, tatko w zimowej czapce, uśmiechnięty, mówi, że nie myślał, że tak będzie miał na emeryturze — co 2 lata inny samochód.

Szpaki dostały swoje suszone robaki (wczoraj zapomniałam) i przyleciały od razu trzydziestką, widocznie dzisiaj wszystkie pilnowały pory karmienia skoro wczorajsza Zenkowa czujka (w ich mniemaniu) zawiodła. Lubię je obserwować, słuchać jak między sobą gadają, Ryszard chyba już też się pogodził z dziwacznymi rytuałami swoich rodziców w kwestii karmienia lokalnych darmozjadów. No nie poradzisz, w sumie nie jesteśmy tacy najgorsi.

piątek, 9 października 2020

297. Dzień, w którym nic się nie dzieje, więc poświęcę mu trochę czasu.

Wpis zaczynam od uwiecznienia prezentu od Aś (wczoraj wieczorem byłam tak zlasowana, że nie miałam siły gmyrnąć przy pamięci aparatu). Nasi przyjaciele i znajomi trafiają w nasz gust i potrzeby :D

Poranek zaś był taki, że otrzeźwił mnie Patryk Jaki przemawiający w PE na facebookowym feedzie mojego kuzyna Grega (Jaki przepraszają za Patryka, a ja rymuję, wiem). Przypominam sobie, jak tatko szukał Gregowi miejsca w zawodówce, bo technikum okazało się dla niego w trakcie roku szkolnego zbyt dużym wyzwaniem. Cóż, tak się wykuwała nowa elita, która teraz ma w końcu szansę zaistnieć. Pora wstać. Ponieważ od zeszłego piątku ekspres niedomaga, tym razem nie robiłam Fredowi kawy, ale czekałam, aż się obudzi, fizycznie i mentalnie, żebyśmy mogli pójść na spacer wspólnie, bo słoneczko zachęcało do aktywności. W tej sprawie nasze tempa się rozchodzą, ja zwykłam znajdować radość w spacerze przedpołudniowym, Fred o tej porze ma rozruch. Ostatecznie wyszliśmy po pierwszej. Była fatamorgana ...


... był pies, który radośnie przypędził do nas jak wicher nie zważając na okrzyki opiekuna, i równie szybko do niego powrócił, bo jest good boy, z tego powodu zdążyłam mu zrobić tylko zdjęcie ogona ...


... i gęstniejące chmury ...


... które zlały nas dokumentnie w drodze powrotnej ...


... ale oboje w goretexach wróciliśmy do domu z uśmiechami na twarzach. Od razu wyskoczyłam z mokrych spodni i zabrałam się za pichcenie rosołu, chłód jednak pozostał we mnie na dłużej. Ponieważ jestem wyziębiona, Fred pojechał do Ka&Jot sam (z komputerem, żeby pokazać im nasze zdjęcia ślubne). A ja się dogrzewam i planuję obejrzeć ostatni odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (1984-86). Ach, i takie zdjęcie zrobiłam zanim zapadł zmrok:


- Mamo! One się ze mnie śmieją!

Szpaki się doigrały, najwyraźniej. Jesteśmy przekonani, że te śliczne ptaki wystawiają czujki pod naszym adresem — wystarczy, że cokolwiek jadalnego wystawię na miseczce przed dom, a nie zdążę zamknąć drzwi, jak chmara darmozjadów opada na trawnik. Mają chyba zestaw krótkich sygnałów, wyraźnie dzisiaj widziałam jednego szpaka na kalenicy domu sąsiadki, który patrząc mi prosto w twarz zrobił znak skrzydłami i wydał z siebie krótki gwizd. Rzut oka do tyłu, i widzę jak już lecą ... Sami ich tego nauczyliśmy, to teraz mamy :). Rysio wieczorem wdrapał się na sąsiadujący dom i łapką mieszał pod dachem, gdzie nasi skrzydlaci sąsiedzi chętnie nocują. To musiało być coś osobistego.

Z rzeczy smucących: w najbliższym czasie ze względu na pandemię raczej nie będzie kolacji we czworo, nas i Anne z mężem. Po drugie, od jakiegoś czasu Katlin niedomaga, diagnoza odkłada się w czasie. Po trzecie, teść wyraźnie głuchnie.

czwartek, 1 października 2020

piątek, 14 sierpnia 2020

240-241. Ciepło i troski.

Czwartek.
Byłam bardzo dzielna prowadząc po południu do Slane i z powrotem. Kolejny duszny dzień. Po powrocie z przejażdżki i obiedzie siedzimy na trawniku, tak jak wczoraj. Fred twierdzi, że ogorzała mu od tego twarz, ja mam z kolei stopy indiańskie. 

Podobno sąsiadka spod czwórki powiedziała komuś z councilu, żeby sfotografowali nasz front garden (njus od Katlin). I sfotografowali, w czasie naszej nieobecności. Za to Anne po zmroku zapukała i dała nam w prezencie fancy kawę.

Wieczorem gra nam płyta Rolling Stonesów Aftermath (1966).

Piątek.
Znowu obudził mnie koszmar. Technicznie rzecz biorąc, obudził mnie Rysiu i jego pacająca łapka, bo tata wstał dziś pierwszy i jeść nie dał, więc chodzi o to, żeby nikt w domu nie spał i żeby patrzyli wszyscy na kota. Ale sen dobrze pamiętam. Dzisiaj to był sen o tym, że Fred palił papierosy. A wczoraj śniło mi się, że jestem w domu w Polsce i tamtejsza szkoła próbuje mnie wmanewrować w kościelny projekt. Hormony. To one odpowiadają za takie głupoty. Od lat mam ciężkie sny w pewnym momencie cyklu.

Z miłych rzeczy: przyszły zamówione kontakty, szybko i bezproblemowo, to lubię.

Przed południem w odtwarzaczu Singles The Smiths (1995). Potem znowu płyty Gallaghera. Rozmowa z fendera stratocastera Rory'ego przechodzi na Krisa Człowieka Anegdotę i to jak ukradł ze sklepu gibsona les paula, po czym uciekał na batavusie z gryfem wystającym jak lanca. Don Kichot na rowerze z ukradzioną gitarą pędzący przez miasto Boskoop.

A skoro już pobudziłem wszystkich:


Po obiedzie siedzimy na trawce przed domem, pozdrawiamy sąsiadów i robimy fotki zwierzątkom:





Słońce leniwie ale zdecydowanie zmierza ku zachodowi, gdy rozmawiam telefonicznie z mamą, a Fred z Usz. Wnioski: dobrze, że tu jesteśmy. Mama oświadczyła, że jeśli wygra milion, ucieka z tego popierdolonego kraju na Alaskę. Fred wkurzony informacjami o sprawie Wu, chce mieć irlandzkie obywatelstwo.