Najgrubszy wiatr świstał nad wybrzeżem, gdy po północy Kochany wracał do domu. Pomimo zmęczenia rano chciało mu się zawieźć mnie do pracy, w ciągu dnia pogoda była już tylko lepsza.
Nie wszystko może być dobrze, więc znowu nie działa bojler (udało mi się to zgłosić przy okazji wyjścia na pocztę). Pozytywy: popołudnia są coraz dłuższe, zdążyłam jeszcze w dziennym świetle zajrzeć do szeda i wykaraskać stamtąd dwa grzejniki. Negatywy pozytywów: grzejniki nie działały jak pragnęłam. Po ekspresowym obiedzie (wyjadłam kiełbasę, którą Fred przeznaczył do fasolki à la Woland) postanowiłam wziąć prysznic i zrobić sobie punkt dowodzenia pod kołdrą.
Z pozytywów innego typu: zapisałam się na nowy semestr (nareszcie, po liście do dziekanatu). Odprężenie za uszami poczułam i postanowiłam to uczcić jakimś filmem z Costnerem, bo mam leciuchny sentyment do tego aktora (nie taki jak do Petersena, ale Petersen to Petersen; choć wielki nie jest, lubiliśmy się kiedyś). Wieczorem Fred zastał mnie więc w pościeli na oglądaniu 3000 mil do Graceland (2001), takiej tam posttarantinowskiej popłuczyny. Kevin jako najczarniejszy z charakterów zabawny.
Cieplutko mi i miło pomimo braku ogrzewania, ewidentnie temperatura podskubuje mi energię, bo jestem już senna. Á propos wyjedzonej kiełbasy, mam dziwne zachcianki kulinarne ostatnio, na lunch pochłonęłam smażony bekon, którego normalnie do ust bym nie wzięła. Witaminę D trzeba zakupić. I przede wszystkim iść spać.
Jak pozytywy i negatywy, to jeszcze przydałby się "wywoływacz" i "utrwalacz". Pod ten bekon i kiełbaskę - jak się należy. ;-)
OdpowiedzUsuńO matko, ale ja nawet herbatę staram się ograniczać. To podziękuję ;)
UsuńJezusiemaryjoświęcipańscy! Toż Ty wyschniesz! :-o
Usuń