Poranna mgła zdradziła mi wszystkie sekretne pajęczynki zainstalowane w naszym ogrodzie.
W piątek padłam jak nieżywa do łóżka, w sobotę budzik wyrwał mnie ze snu o siódmej, w zasadzie nie wiem po co, bo i tak nie kontynuowałam czytania nudnego artykułu, chociaż tak to sobie ubzdurałam dzień wcześniej. Nie było mnie na zajęciach, ale wątpię, żeby prowadzący wymyślił konsultacje zaliczeniowe z godziny na godzinę. Po kawie poszliśmy z Kochanym nad morze, bez aparatu, wszystkie zdjęcia z kalkulatora, więc na pierwszej fotce słabo widać mgłę unoszącą się nad plażą (a była). Pogoda sennie-burzowa, my raczej milczący, Fred mielił w głowie myśli (jak mi wyjawił) o różnych dziadersach.
Odnoszę wrażenie, że ten rok jest znacznie suchszy niż zazwyczaj, na Głowie goarse nie kwitł tak spektakularnie, jak co roku, gdy jego mirabelkowy zapach aż wżerał się w mózg, paprocie też słabo wychodzą.
Gdy kończyliśmy zajadać rybę z frytkami, podeszła do nas Ukrainka z przetłumaczonym w smartfonie zdaniem, gdzie tu można zobaczyć foki. Wskazaliśmy jej drogę (Kochany spocił się próbując użyć swojego rosyjskiego ze szkoły podstawowej, a ja to już w ogóle wycofałam się na z góry upatrzone pozycje). Trzy panie z dzieckiem zobaczyłam ponownie na molu — są w kraju dopiero trzy tygodnie, mieszkają w Drołdzie, domyślam się, że próbują sobie jakoś wypełnić wolny czas.
![]() |
| — Kłóliki widzę! |
Bardzo lubię taką pogodę, szczególnie, gdy istnienie ludzkości nie naskakuje na mnie dźwiękowo. Czuję się wtedy, jakbym wróciła do lat matolęctwa i czasu wakacji. Frytki, które się we mnie nie zmieściły, przyniosłam do domu — fruwający sąsiedzi byli zachwyceni. Uczta zapowiada im zmianę menu na letnie (skończyły się już kulki tłuszczu, a reszta ziarna dla wróbli jest na jesień). Fred pojechał kupić chleb, a mnie odłączyło prąd, w tym tygodniu często tak mam i jest to dość męczące. Wszystko przez to, że idę spać o bezsensownych porach (to którą mamy teraz godzinę? ;)). Jeszcze w porcie Kochany zadzwonił do Ka i znowu najechaliśmy dom przyjacielowi męża; we czwórkę obejrzeliśmy w końcu Zjawę (2015) z Leonardo. Powrót był po północy, kot czekał na nas drzemiąc pod samochodem Anne.






Odzywanie się do Ukrainek po rosyjsku było trochę ryzykowne. Znajoma pisała nie dawno u siebie na blogu, że została opieprzona za spasiba, którym chciała podziękować mieszkającej od dwudziestu lat w Portugalii sprzedawczyni-artystce za miłą obsługę.
OdpowiedzUsuńUpolitycznianie języka to najszybszy sposób na zakończenie komunikacji, a w tym przypadku to one chciały czegoś od nas.
Usuń