rzekła Gosha (czyli jest trochę czasu). Dobrze było porozmawiać z nią po takiej przerwie (3 lata). Zmieniło się, Gosha ma nowego współlokatora, w międzyczasie stary-nowy współlokator (hue hue) zniknął (good for her). Wśród wszystkich njusów najbardziej niespodziewane było nagłe bezrobocie Ilki, która z hukiem opuściła moją dawną firmę (także good for her, zapisałam sobie jak w listopadzie 2017 mówiła, że jest następna do odstrzału, wytrzymała o dużo za dużo). Rozmowa była messengerowa, choć dzieli nas teraz tylko kilkanaście km.
Po śniadaniu poszłam z mamą i Maksiem na cmentarz, zobaczyć m.in. grób Jaro. No jest tam, kolega z klasy nadal nie żyje (śmierć jest przereklamowana, z pewnością już o tym wspominałam). Po obiedzie był z kolei Maksiowy spacer z tatą, poszliśmy odwiedzić ścieżki w lesie sadzonym w 1902 roku (jak tatko obliczył). Po chwili naszym śladem zaczął podążać Mruczysław, a na końcu pochodu znalazła się szczerbata Rózia.
Gorąco bardzo. Zastanawiam się, czy w Oknie na podwórze (1954) też, bo okna otwarte na oścież, ale wszyscy chodzą w garniturach.
Niedziela zlała mi się w jedno z sobotą jako wielki chill out przerywany posiłkami i spacerami. Kochany wpadł tymczasem w pracę jak śliwka w kompot.
Dogrzewaj się, dogrzewaj, w Irlandii tego za darmo nie dostaniesz :D
OdpowiedzUsuńWszystko ma swoje plusy i minusy, że tak pofilozuję ;)
Usuń