Fred wyjechał z domu o świcie, gdy pająki jeszcze łaziły w kątach niezadowolone z faktu świecenia im po oczach. Tak jak było do przewidzenia, kiepsko spałam/spaliśmy. Gdy wyjeżdżamy razem, jest przede wszystkim ekscytacja, a tak to meh. Majk towarzyszył Kochanemu, żeby odprowadzić nasz samochód pod dom. Już nie kładłam się spać, za dwie godziny i tak trzeba mi było na autobus.
Żeby sobie osłodzić początek dnia, kawa i ciastko z morelą w Caffè Nero. W końcu wygrzebuję z czeluści internetu dyplom z kursu CBT o którym wiedziałam od wczoraj, ale nie mogłam skumać gdzie mam go szukać, bo przecież na moodlu go nie było, ofkorz. Award of distinction, bardzo wery gut. To może kolejny kurs?Ochłodzenie się ziściło, pozbawiona samochodu musiałam się dzisiaj zaopatrzyć w kurtkę przeciwdeszczową. Po południu trochę słońca i w tym słońcu odkryłam, że Rysiowa rana pod nową obróżką jest większa niż sądziliśmy. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie jakaś nowa rewelacja z tajemniczego życia dachołazów, ale chyba mi się zdaje. Kot ma apetyt, twierdzi, że nic go nie boli i żąda wypuszczenia. Będę go obserwowała, bo może trzeba będzie z puchatą mendą do weta.
Kochany odezwał się od razu po wylądowaniu, potem w drodze z Wawy do moich rodziców i wieczorem już na miejscu (większość zwierzaków zaraportowana). Z rozpaczy obejrzałam Hasło Korn (1968). Ależ ten Nowak byłby świetnym pisowym aktorem.
I noszę spodnie w jeże.
Kiedyś z takiego wyjazdu kartkę pocztową być najwyżej dostała. W ostatnim tygodniu. A teraz kontakt prawie non stop. Ależ czasy się zmieniły.
OdpowiedzUsuńTak właśnie jest :)
Usuń