Noc była nieprzyjemna, kręciłam się bezustannie, wstałam z podkrążonymi oczami. Główną przyczyną był kot zawracający nam głowę swoimi petycjami o spacer, ale też pewnie rozpoczęcie nowego roku. Śnił mi się pożar w obejściu moich rodziców, dziwny pożar, który pochłonął połowę stodoły i garażu, tak, że mogliśmy sobie powiedzieć "odbuduje się". Tata balansował na wiązarze, ale bałam się o niego tylko trochę. Tymczasem poniedziałek rozpoczął się na tyle ciepło, że kot dostał od matki swej pozwolenie na wyjście na spacer po antybiotyku. Zostawiłam mu otwarte okno na cały dzień. Wprawdzie niebo było na początku zachmurzone, ale im dalej w las, tym bardziej pachniało spokojną, ciepłą jesienią.
W pracy pojawiło się sztuk dziewięć narybku: Dejwid, Kijan, Mark, Adam oraz Rebeka, Megan, Kirsty, Dolly i Kejli. Rokują. Wróciłam do domu po piątej, Kochany w tym samym czasie już zawijał w moją stronę z Tullamore, więc udało się nam zgrać wspólny obiad (tescowe burgery wołowe zasmażone w buraczkach z kartfelkami i ogórkami z szalotką w majonezie). Jako bonus robienia obiadu, mogłam po nakarmieniu kota (bo on oczywiście dostał żarcie najpierwszy) podrygiwać do Thin Lizzy.
Kochany przybył z bukietem kwiatów (dla mnie) i kamizelką (też dla mnie, Diesel z tłoczonej skóry). Wieczorem słuchamy sobie Aurory. Andrju zadzwonił z zapytaniem, co z tym Dublinem, bo ceny hosteli podobno niemożebnie skoczyły do góry. Nie wiemy co z Dublinem, wieśniaki nie wiedzą, co tam w wielkim świecie. Lekko mi i słodko, przegapiłam moment na ćwiczenia, a o tej porze już mi się nie chce. Jutro będę brzuszki i rozciągania, dzisiaj tylko poduszka na głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.