Kochany przyjechał nad ranem. Zanim małżonek zregenerował się po nocce, pokręciłam się po domku, zrobiłam małe pranie i poznałam starszego pana mówiącego akcentem z Donegalu, który z dwoma synami roznosi świątobliwe ulotki, a przed xmasem świąteczne kalendarze. Dzień był piękny, Ryszard dostał dyspensę na wyjście, a my po wczesnym obiedzie poszliśmy na spacer lodowo-kawowo-plażowy, na którym spotkaliśmy Anne z jej Majkelem.
Po powrocie napitki we frontowym ogródku i ponad godzinne grzebanie się z polerowaniem reflektorów w naszym autku. Elstary takie piękne:
Ryszard prawie nie smarka i nieomal odzyskał swój koci tenor. Grzecznie stawił się na kolację antybiotykową, potem zgodziłam się na wypuszczenie go na noc (po usilnych namowach ponadgatunkowych). Małżonek musi wstać przed świtem do pracy, więc jest już w łóżeczku. Dobry to był dzień z moim Kochaniem.
Toż to uroczy dzień. I ciekawa sprawa z tymi meduzami.
OdpowiedzUsuń@Jael, mieszkamy w ładnym miejscu, łatwo jest uroczo spędzać czas :)
UsuńTego lata chyba tylko raz lody sobie kupiłem. I to w sklepie, w pojemniku.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, zdarzyło się nam kilka razy, ten może był już ostatni, choć za bardzo nie wiadomo, bo zapowiadają, że wrzesieć ma być nadal (jak na Irlandię) ciepły.
Usuń