Następny sen w tym tygodniu był z pewnością długi i zawiły, zapamiętałam z niego, że w domu rodziców Freda (w tym śnie żyli oboje) na ścianie była sztukateria podmalowana czarną farbą.
Plan kochanego małżonka polegał na tym, że kupił przez internety nową kosiarkę (Titan, akumulatorowa), którą postanowił odebrać w Swords. W związku z tym pojechaliśmy do ... pałacu. Bo wiadomo, jak się jedzie do sklepu z rupieciami, to odwiedza się także pałac, żeby nie zapomnieć, co jest w życiu ważne, tak?
Do tej pory nigdy nie byliśmy w Newbridge House & Farm. Dom jest z czasów gregoriańskich, nie byliśmy pewni, czy chcemy go zwiedzać i początkowo Kochany kupił jedynie bilet na farmę ...
... i oczywiście wypatrzył tę panią w oknie powyżej.
Farma zawierała wszystko, co trzeba. Obok drobiu i typowych zwierząt hodowlanych była ptaszarnia (także z papugami i innymi ptakami ozdobnymi) oraz alpaki. Oprócz tego przeszliśmy się przez walled garden, nie tak bogaty w roślinność, jak np. warzywnik w Ardgillan, ale też ładny, pełen opadłych jabłek i rozprawiających się z nimi krukowatych. Następny tour z przewodnikiem po domu był o trzeciej, nie sądziłam, że do tego czasu będziemy jeszcze na miejscu, tymczasem przed trzecią zastała nas kawa w pałacowej jadłodajni:
Dokupiliśmy resztę biletu i daliśmy się oprowadzić bardzo miłej Emmie. Grupa odwiedzaczy składała się z nas oraz jeszcze jednej pary z chłopcem, który niedawno nauczył się chodzić, w związku z czym biegał jak wicher po korytarzach i wchodził w kadr:
Mieliśmy do dyspozycji parter, ponieważ na piętrze przebywała rodzina dawnych właścieli majątku, z których panowie za domem grali akurat w krokieta (nie mylić z krykietem). Po zwiedzeniu domu wyszliśmy jeszcze na chwilę do parku, nad którym zaczęły się zbierać ciemne chmury, potem przystąpiliśmy do realizacji drugiej części planu: odebrania kosiarki i zjedzenia obiadu w pizzeri Milano w pawilonach Swords. Pomiędzy tymi punktami podróży zaszliśmy do TK Maxxa, gdzie wypatrzyłam ładną, dzianinową marynarkę w gołębim kolorze w białą kratkę (Tahari). Kochany dorzucił do tego skórzany portfel dla mamy (zawiozę go jako prezent w czasie najbliższego wyjazdu do domu). A to już wyżerka, cztery pizze na dwóch cieniusich spodach:

Ach, pysznie było, i ciekawie, i pogoda dopisała oraz outfit był interesujący (do sztruksowej spódnicy i bordowych rajstop, stare, wełniane tenisówki, bo je kocham, do tego na niebieski t-shirt sweterek w rude maziaje, rudy płaszcz w kratkę, zielony szal Freda oraz szary, wełniany kapelusz z dużym rondem).
A teraz chciałoby się poszerzyć wieczór o kilka godzin, żeby można było przed jutrzejszą pracą obejrzeć zdjęcia, nasycić się wrażeniami, spisać je i godzinami układać się do snu poprawiając się w pościeli jak dwa stare koty.
Cudnie wyglądasz, choć to tylko "Twój tył":)
OdpowiedzUsuńA zwiedzanie pałacu przypomniało mi film "Co ludzie powiedzą", kiedy bohaterowie wybrali się na wieś, żeby obejrzeć i ewentualnie zakupić część pałacu, no i dalsze perypetie z tym związane. Jestem fanką serialu:)
Dziękuję, @Irmino, kimkolwiek jesteś. Małzonek, który naoglądał się u swoich teściów przygód Hjacynty w czasie wyjazdu też wspominał o tym serialu :)
UsuńPałac wygląda na taki dość niewielki.
OdpowiedzUsuńW naturze ta przewodniczka też była tak nienaturalnie różowa?
@Dariuszu, to kraj małych pałaców i różowych ludzi, nie inaczej :)
UsuńHiacynta jest świetna. A jej outfity biją o głowę Twoje. ;-) Te cudne suknie z poduchami na ramionach w szalone niebieskoróżowe kwiaty...
OdpowiedzUsuńChociaż mnie Twoje kreacje odpowiadają bardziej.
Co to za ustrojstwo ze słoikiem?
Dziękować, dziękować. Hyjacynta chodzi w innej wadze (jeszcze 😁). A to jest pułapka na myszy.
UsuńI napiszę Ci, że mnie zainspirowałaś. Wczoraj założyłam mój wełniany kapelusz. Zamiast dyżurnego czapiszcza.
Usuń@Agniecha, a co? Niech się zastanowią nad swoim życiem ludzie, którzy kapelusza nie mają :D
Usuń