Obudziłam się o trzeciej nad ranem, a potem już na dobre o ósmej. Przyszła zmiana, wiatr uderzając wprost w drzwi wejściowe wychłodził nam dom bardziej niż ostatnie przymrozki. Współczułam Fredowi, że w taką pogodę musiał sposobić się do wyjazdu na nocną zmianę. Ech.
Zadzwoniła Usz, z nowiną, że Wu adoptuje kota dla córki. Czyli reforma w podejściu (oboje z Fredem uważamy, że córka to zasłona dymna, żeby nie wyszło, że twardziel też lubi koty). Było przesyłanie zdjęcia małego dzyndzla w kontenerku (dziewczynka, ma 4-5 tygodni) i ogólne zachwyty. W czasie świąt szwagierka będzie niedaleko od nas, bo jedzie do teściów, ale bliskość jest złudna, widać ją głównie na mapie. Poza tym leki u Usz działają, czuje się lepiej, wróciła do pracy. Pod wieczór był też telefon od Wu, główny temat kot oczywiście. Reasumując, u szwagrów dzieje się (najczęściej) dobrze.
Opakowałam prezenty dla rodziców w ozdobny papier i włożyłam je do walizki. Sprawdzam prognozy pogody na najbliższy tydzień, układam w głowie plany (nie aż tak bardzo, ale jednak). Rozłożyłam się z prasowaniem, bo raz, że trzeba odgruzować tapczan (Julija przyjeżdża w tygodniu), dwa, warto podpakować walizkę rzeczami, które i tak trzeba będzie do niej kiedyś włożyć. Przy okazji zerkałam na kolejny (16.4) odcinek Midsomer. Czuję, że dzień przeciekł mi przez palce. Fred już w Północnej. Gdy wróci, pewnie będę w drodze do pracy.
W pierwszej chwili odczytałem, że to córka ma 4-5 tygodni.
OdpowiedzUsuń"I już jej kota kupują? - pomyślałem. - A nie za młoda ona na kota?" :D
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło :)
Usuń