Pobranie krwi nawet szybko poszło, nie zdążyłam pożądnie zgłodnieć, a już mogłam jeść śniadanie. Nadal jest zimno, niektóre chodniki są pokryte lodem i marsz do przychodni oraz z powrotem nie należał do przyjemności. Siniak na prawej ręce na razie nie wygląda źle, wyniki mają być w pierwszej połowie następnego tygodnia.
Dwa razy odwiedziłam koty Anne. Rano Mallen, biała gapa, uciekł na mój widok do ogródka, więc mu matka wyjadła całą mokrą karmę. Poszłam do nich po południu, żeby zapodać każdemu suchych chrupek i znowu tylko Junona podeszła i nawet dała się pogłaskać. Strachliwy synalek był w ogródku, wyczekał stosowny moment, żeby zwiać na górę i udawać, że go nie ma. Pozostaje mieć nadzieję, że Junona nie zeżarła mu wszystkiego, bo inaczej ścisła dieta do jutra (nie żeby mu groziła anoreksja, tak z góry patrząc na pączka).
Gdy przyszywałam Kochanemu guzik do jego zajebistego płaszcza Moncrief, a Fred właśnie wziął się za przygotowywanie dziczyzny na obiad, zapukała do nas Teresa, siostra Anny, z prośbą, żeby zerkać od czasu na dom sąsiadki, bo Anna na razie nie wyjdzie ze szpitala. Powstał pomysł, że może jutro ją odwiedzimy. Dziwnie tak; jednak wolę, gdy w sąsiedztwie wszyscy są na miejscu, tymczasem trzy najbliższe domy stoją w tej chwili puste.
Ach, bardzo mnie rozczarowało, że strona Lasów Państwowych nie pokazuje żubrów na żywo. Coś tam mieli kamerę gdzie indziej przestawić, ale jest grudzień i się im chyba zapomniało (oficjalnie testują coś tam, bo coś tam), jakby nie pojmowali, że to zwierzęta ocieplają ich chronicznie oziębły wizerunek. Chcę żubry!
Luiza kilka razy tekstowała mi, co do jedzenia dla mnie na jutro. Ham & cheese czy chicken goujoius (Luiza jest dyslektyczką)? Mayo & butter czy bez? Bo jutro bierzemy misia w teczkę i jedziemy na wycieczkę. Takie zimno, że już teraz naprawdę & really, z serca mi się nie chce. Wystarczy, że dzień zwieńczam seminarium magisterskim, spotkanie było w kilka osób, więc przez większość czasu kiwałam się i podsłuchiwałam, co tam u innych, ale spotkanie to spotkanie, nieprzyjemny czas oczekiwania kładł się cieniem na środzie. Fred tymczasem pojechał do sklepów i dzwonił mi z Tesco, czy w domu jest jego torba. Była. Musiał wypakować wszystko, co zapakował. W domu, jeszcze w swojej uszance na głowie i cały zmarznięty, pożalił mi się, że czuje się jak stary dziad z demencją. Potem w czasie seminarium, akurat, gdy omawiałam zawartość mojego kwestionariusza, głośno walczył z masłem.
Czy powinnam coś jeszcze napisać? Jak zdecydować, które rzeczy są ważne? W piekarniku podgrzewa się pieczywo do masła czosnkowego. Za tydzień o tej porze może będę w Polsce.
___
edit 22:00 Pieczywo zjedzone. Słuchamy Kultu. Kochany martwi się swoim niby-zapominaniem, więc zapisuje, bo to ważne, że Fred jest moim słoneczkiem i jestem szczęśliwa, że możemy sobie tak razem tutaj być, rozmawiać i dotykać się nosami. Szczęściara ze mnie.
Musiałem sprawdzić w słowniku, o co chodzi z tytułem - słowa raczej nie zapamiętam, bo nie czuję potrzeby używania.
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze :)
Usuń