Pomiędzy piątą i ósmą rano alarm czerwony dla hrabstwa. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie mi się zapodział Ciarán, który miał być przed Debi. Okazuje się, że naprawdę już był, akurat gdy zaczęłam chorować na początku listopada i pisałam, że pogoda się skiepściła. Wiatr nie przyniósł wówczas aż takich szkód, poza tym miałam to w nosie.
Wyraźnie słyszałam nadejście wiatru, który uderzył w nasz dom. Po śniadaniu dostałam wiadomość tekstową od Saren, że Centrum otwierają dopiero o 10, potem drugą, że dzisiejsze zajęcia zostają odwołane po całości. Ponieważ już byłam ubrana w ciepły sweterek i gotowa na wszystko, co najlepsze, pojechaliśmy z Kochanym do miasta, drogą nad Boyne, żeby sprawdzić stan rzeki. Wiatr wiał na szczęście od lądu, więc woda się nie spiętrzała i trasa była przejezdna. Zaszliśmy do Costy. Andrea nadal na warcie, zrobiła nam napoje i nawet przyszła do nas na piętro, żeby porozmawiać o zmianach (przy czym w tym miejscu niewiele się zmienia: nowe twarze znikają szybko z powodów oczywistych, widać było, że koleżanka chciała się choć na trzy minuty zrelaksować). Po napitkach postanowiliśmy się z mężem szwendać. Nadal brakowało mi etui do telefonu, a ponieważ nie wchodziło w grę kupienie tego, które się mi podobało, zaczęliśmy z Fredem szukać czegoś w zastępstwie (z wyłączeniem oryginalnych opakowań Apple'a, które są prawie bez wyjątku koszmarnie brzydkie). W ten sposób znaleźliśmy się w pawilonach Swords. Po dłuższym spacerze kupiłam chińszczyznę imitującą ekskluzywne opakowanie, coś w sam raz na kilka miesięcy - przynajmniej będę mogła zacząć używać nowego telefonu, bo z moim rękami skłonnymi do upuszczania rzeczy po prostu bałam się dotykać iPhone'a bez stosownego zabezpieczenia przed wypadkami. Zadowoleni z osiągnięcia wyznaczonego celu poszliśmy na obiad - Kochany zaprosił mnie na pizzę do Milano:
Wróciliśmy do domu dopiero o trzeciej. Oboje byliśmy bardzo zmęczeni i chociaż początkowo nie zamierzałam drzemać, wyszło tak, że położyłam się obok Freda i ... minęły dwie godziny. Wieczorem wałęsanie się domowe, aktualizowanie telefonu i odkrywanie nowych funkcji, mówienie brzydkich rzeczy, poza tym trochę blogowania i krótka rozmowa z rodzicami (minął rok od śmierci babci Mani).

Pizza wygląda bardzo apetycznie.
OdpowiedzUsuńI była bardzo dobra, cieniutkie ciasto, odpowiednia ilość przypraw (to świetne miejsce na zjedzenie włoskiej pizzy).
Usuń