Kochany mógł mnie dzisiaj podwieźć do pracy, a gdy mnie z niej zabierał okazało się, że od rana nie był w domu (czyli podobnie jak ja). Bardzo dumny pochwalił się mi zdobyczami: kupił sobie piękne, wełniane spodnie w stylu Żądła (kawa z mlekiem w prążki, Hilfiger), dla teściowej kaszmirowy sweter z kapturem (bladoniebieski, Cynthia Rowley), dla nie wiadomo jeszcze kogo rękawiczki z pomponami (owcza skóra, ciemnogranatowe, Ted Baker) oraz perfumy Miller Harris, Craft & Glamour.
Po powrocie do domu Fred zrobił nam obiad, a ja zajęłam się robotą mniej lub bardziej papierkową (w tym odpowiadaniem na komentarze :D). Obiad był pyszny: "robaczki", kartofelki i bakłażany. Mój chomik europejski pokazał mi prezenty skitrane dla różnych ludzi, dowiedziałam się też, że w poszukiwaniu przygód nie poprzestał dzisiaj na naszym mieście i dojechał aż do Blanchardstown. No nie upilnuję ;D. Może jeszcze kupię mamie kolczyki, bo to był od początku dobry pomysł, tylko się wahałam. I już wiem, co dam Kochanemu pod choinkę, no ;)
Dzięki temu, że Kochany odebrał mnie z Centrum zaraz po pracy i nie musiałam deptać na spóźniony autobus, dzień mi się wydłużył i przybyło mi optymizmu. Piąteczek, piątunio jutro, jest dopiero po dziewiątej, a ja mam już przygotowane prawie całe zajęcia i mogę zacząć jeść ciastki.
A ja jeszcze (nadal) nie wiem, czy będę robił jakieś prezenty.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, prezentowanie sprawia dużo przyjemności, więc mnie pęd Kochanego nie dziwi. Zaczyna się od jednej drobnej rzeczy, a potem już z górki :D
UsuńCo za robaki jadłaś?!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, krewetki w maśle czosnkowym, mniam :D
Usuń