Strony

piątek, 8 grudnia 2023

1453. Ósmego grudnia.

Gdy Fred tuż po południu zajechał pod Centrum, zaproponowałam rajd do Costy. Mieliśmy bardzo dobre wyczucie czasu, bo za nami w kolejce stanął Ka (ze swoim podopiecznym), który zauważył skwaszoną (jak zwykle) minę Aury i zaśmiewał się z tego serdecznie (mamy zaproszenie do przyjaciela na jutro). Kawa była oczywiście bardzo dobra, nasz emotional bullying też niczego sobie, do domu zjechaliśmy około drugiej i od razu wyhaczył nas Bán z zapytaniem, czy go lubimy. Ugięliśmy się (borze, jacy my jesteśmy miętcy wew środku) i gamoniowaty sąsiad dostał jedną puszeczkę jedzenia (na zewnątrz, żeby nie było). 

Kochany błądząc dzisiaj po mieście znalazł jeszcze jedną rzecz wartą kupienia, wełnianą czapkę w stylu hełmu z lat 20-tych (błękitny Seeberger). Fred myślał przy tym o teściowej, ale ponieważ w tym roku kupiliśmy już mamie czarną czapkę z tej samej firmy, w identycznym kształcie (to się nazywa cloche), a wiem, że mama ma drugą bardzo podobną, hełm wylądował na mojej głowie i bardzo się z niego cieszę (teraz myślę o jakiejś zajebistej broszce do hełmu, najlepiej w mocno kontrastującym, oczojebnym kolorze).

Ucieszyły mnie również zmiany na koncie bankowym: niespodzianie pojawiła się spora sumka zwrotu podatku za zeszły rok. Bardzo dobrze (szybko się uwinęli, spodziewałam się kasy raczej przed naszym wylotem do Polski). Z innych ogonów: umówiłam już Freda z polską fryzjerką (mąż bardzo się domagał stworzenia sytuacji dogodnej do przedświątecznych postrzyżyn).

Obejrzeliśmy z Kochanym Inaczej niż w raju (1984) Jarmuscha. Jak zwykle, dobry Jim :) A teraz prysznic, książka, ciepła herbata, łikędzik zasłużony a miły sercu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.