Budzik zaryczał o 3:30, Fred wstał pierwszy, żeby napić się kawy; plątałam się po parterze myjąc zęby i ... dalej to nie wiem na czym upłynął mi czas, ale wiem, że na przystanku byliśmy 45 min. później. Na lotnisko doturlaliśmy się ok. szóstej.
Fast track bardzo nam ułatwił życie (Fred jak zwykle zapiszczał na bramce i musiał tłumaczyć, że jest robocopem), najpierw poszliśmy do perfumerii załatwić sprawę prezentu (nie napiszę więcej, bo tajemnica :)), potem rozsiedliśmy się przy śniadaniu w Marqette (kanapki bez kaw, gdyż napój kawopodobny nie rokował). Odlatywaliśmy z samego podogonia lotniska i trzeba było zejść do borsuczej nory, gdzie przyszli pasażerowie z braku krzeseł okupowali podłogę. Na plus zaliczam sprawny wylot. Wprawdzie jeszcze jadąc autobusem do stolicy czuliśmy powiewy wiatru i przy starcie też bujało maszyną, ale w sumie nic wartego utrwalenia się nie wydarzyło, nawet podróżnicy byli spokojni i mało skłonni do panicznego gmyrania w schowkach nad głowami albo wychodzenia co 10 minut na siku.
| Magdeburg w objęciach Łaby. |
O trzeciej nareszcie w domu, witani kolejno przez Miauczysława (na zewnątrz) i Maksia (wewnątrz) oraz całą resztę czworonogów. Oglądaliśmy Vabank w telewizji publicznej (mama przeprosiła się na razie z klasykami, wiadomości nadal nie ogląda) i skoki narciarskie na TVN-ie. Plany na tydzień są luźne. Słuchając kakofonii dźwięków znalazłam na półce I nie było już nikogo Agathy Christie (Agora, 2004); bardzo dobrze!
Piękne są te widoki z góry. Wesołych świąt!
OdpowiedzUsuń@MaB, wesołych :)
UsuńDziękuję! :)
UsuńWiać groźnie to w Polsce chyba dopiero będzie w okolicach świąt. Tak coś straszą.
OdpowiedzUsuń