Dzisiaj to już zupełna degrengolada wstawalnicza. Bo czy naprawdę muszę? Środek nocy jest. Więc obudziłam też Freda, kawą i pocałunkiem w ucho, żeby i jemu nie było za dobrze. Dalej, jak zwykle w piątek: dzieciaków niby nie ma cały tydzień, ale do mnie złażą się wszystkie, co je mam na liście i wiadomo jak to jest, zupełny rozgardiasz, chociaż akurat większość czasu narybek ma buzie na kłódki. Pierwsza przyjemność: Emma była moim sikret santa, dostałam od niej kalendarz naścienny z myszami, jeżami i borsukami :D Ze względu na zamieszanie z urlopem zostałam w pracy kilka godzin dłużej, żeby symbolicznie odrobić, co mogę mieć do odrobienia, na koniec uścisnęłam koleżanki pozostające na posterunku (Katrin, Saren) i chodu.
Umówiłam się z Kochanym w Bootsie, bo jeszcze chciałam kupić krem na podróż, następnie za rączkę poszliśmy na obiad do CG. Miło zaskoczyła nas kelnerka w hidżabie, m.in. tym, że okazała się ... Polką :)
Żeby się jeszcze mniej smucić (Kochany nadal był spięty i podminowany rzeczywistością) po zmroku ruszyliśmy do Czarnej na kawę. Miejsce roiło się ludźmi, szczególnie młodymi, którzy o tej porze zbierają się na wielokrotne randki oraz wspólne "czytania poezji" ;)
Następnie poszliśmy miastem w kierunku samochodu, ale raczej niespiesznie: zdążyliśmy sprawdzić, co jest w miejskim kinie oraz zajrzeć do okulisty, żeby obejrzeć oprawki (z początkiem roku trzeba mi będzie wymienić szkła, bo jestem coraz bardziej ślepa).
A to już Bán witający nas pod domem:
Ledwie zdążyłam naciągnąć na siebie inne gatki, gdy zapukała do nas sąsiadka. Katlin przyniosła nam prezenty: szal dla Freda (z serii Quiet Man, brązowo-niebieskawy), szal i rękawiczki dla mnie (kaszmirowe, zielone, Carolyn Donnelly) oraz voucher do Farmy w Termon (pewnie zrealizujemy go po powrocie). Sąsiedzi zaprezentowali nam też swój samochód udekorowany światełkami i dostali od nas mikołajka do zintensyfikowania krismasowej dekoracji.
Cóż poza tym? Kochany pozbywa się legendarnych czerwonych spodni w których widziałam go po raz pierwszy na żywo (minął ich czas). Świekra chyba dobrze zniosła zabieg na oczach, rozmawiała chwilę z Fredem i brzmiała bardzo rześko. Małżonek kupił dodatkowy bagaż i już się spakował, więc jutro tylko ja będę nieprzytomnie kręciła się po domu w celach poszukiwawczo-odkrywczych garderoby i rozumu. Wykorzystałam papier pakowy z naszych prezentów do opakowania prezentu dla mamy i Luś. Fred przyszywa guziki na szelki (odprute od czerwonych spodni) do innych spodni, bo przecież szelki muszą być. W okularach na nosie do późna mocuje się z igłą.

Nigdy nie lubiłem szelek. Paski są jakieś takie wygodniejsze.
OdpowiedzUsuńSzelki są częścią rytuału. Ubieranie się jest prostą, jeśli nie najprostszą formą sztuki, a codzienna celebracja pomaga w wyrabianiu smaku.
Usuń