Piękna, jasna (może nawet aż za bardzo dla zimowych borsuków, takich jak ja) niedziela. Za oknem dźwięki wiosenne i zaraz zakwitną narcyzy w doniczkach, te posadzone rozumnie:
Wybraliśmy się z Fredem w kierunku morza i poza planem załapaliśmy się na kibicowanie pięciokilometrowemu biegowi, który zaczynał się o dwunastej. Trudno było patrzeć pod słońce, więc po dłuższym postoju na zakręcie, gdy już minęło nas kilkuset uczestników, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Morze było akurat w pełnym przypływie, znaleźliśmy kilka jeszcze żywych małż, którym usiłowaliśmy pomóc (kto wie, jak skutecznie), trzy zdecydowanie martwe, oraz różne inne dziwy (np. Fred układał puzzle z krabich szczypiec).
Wróciliśmy do domu przez zagon domków letniskowych pomiędzy którymi na trawnikach kwitną maleńkie stokrotki. Około drugiej byliśmy z powrotem u siebie, z chłodnymi policzkami i ciepłymi nosami. Po relaksie i obiedzie Kochany poszedł się przespać. Tak jak sobie dwa tygodnie temu umyśliłam, podjadając bożonarodzeniowe pierniki obejrzałam Barbarę i Jana (1964), na razie tylko dwa pierwsze odcinki serialu, wysiadłam przy trzecim (widziałam go u rodziców). Kiedy Fred wstał, słuchaliśmy kolejnych płyt, w tym Amy Winehouse, At the BBC (2012) oraz Jacka Kleyffa & Kapelę Drewutnia (2017). Popołudniowa kawa niewiele pomogła, jestem zmęczona i bolą mnie oczy. Od czasu do czasu Kochany rusza mi na pomoc.





A na Mazurach wiosny jeszcze ani śladu.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, pogoda bałamutna, wychodzi lepiej na zdjęciach :)
Usuń