To była miła, relaksująca sobota. Trzy zegarki, trzy różne godziny; wybrałam czas irlandzki i wstałam o szóstej. Zrobiłam michę sałatki warzywnej plotkując z mamą o świecie (np. teraz wiem, że dawna polonistka wylądowała z alzheimerem u Sióstr; kiedyś przygotowywała zestawy egzaminów bez numeru trzynastego i chyba tylko mama to zauważyła), w tym czasie w tv leciały kolejne odcinki włoskiego Komisarza Rexa (nikt tego nie oglądał, ale mama potrzebuje szumu w tle). Tatko poszedł ze święconką. Byłam na spacerze z towarzystwem, zrobiłam inspekcję ogrodu (brzęczy i pachnie; niebo bez jednej chmury, ale blask słońca „przydymiony”, gazety „mówią”, że to przez pył saharyjski), dostałam od mamy w prezencie czerwonego T-shirta oraz płócienną torbę, i poszłam z nią na cmentarz (jak zwykle, zapalić wkłady na dwóch grobach; przy okazji wymieniłyśmy się informacjami, co byśmy chciały w temacie grzebalnym: mama chciałaby być pochowana w grobie cioci Stachy). Popołudnie minęło nam na rozmowach, testowaniu galaretki (wyszła pyszna), oglądaniu Co ludzie powiedzą i Alarmu na lotnisku. Może jeszcze obejrzę Ziarno prawdy (2015) Lankosza.







Moniko, dobrego świętowania z rodziną :-)
OdpowiedzUsuń@Teatralna, wzajemnie:)
UsuńCzyli lenisz się prawie tak jak ja. Z tym, że "prawie" robi różnicę :-)
OdpowiedzUsuń@FrauBe, jem, spaceruję, rozmawiam :)
Usuńciekawe z tym robieniem zestawów bez "pechowego" numerku
OdpowiedzUsuń@czerwonafiliżanko, najciekawszy element jest taki, że pani była jednocześnie mocno kościółkowa: z jednej strony Dżizas, z drugiej zabobony.
Usuń