Minęła północ, tymczasem na moim telefonie jest godzina wcześniej. Zwierzaki w większości już śpią porozkładane w swoich ulubionych miejscach.
Wyturlałam się dzisiaj z własnego łóża przed dziewiątą i trochę mi zeszło zanim zdecydowałam w co się ubrać na podróż (skarpety w borsuki, dżinsy z mankietami, czarna marynarka). Do ogródka wyszłam tylko na chwilę, żeby wsadzić do starej doniczki dalię (bulwy miała jakieś takie biedne, trzeba ją szybko reanimować). Wyjechaliśmy z Kochanym po pierwszej, z tej okazji nad wsią pojawił się przelotny deszcz, a nad zatoką tęcza. Nie przewidziałam, że w wielki piątek Irlandczycy ruszą na zakupy, więc w Milano (Swords) czekaliśmy na swoje pizze prawie godzinę (w międzyczasie Fred kupił mi w TK Maxxie płaszcz jak żaden inny, na żywca wyciągnięty z jakiegoś klipu z lat 80-tych, marka Aligne, czarny trencz o nazwie Julia). Kochany podwiózł mnie w pobliże terminala (tutaj też korek), na lotnisku stanęłam w najwolniejszej kolejce do sprawdzenia bagażu (jeden z celników poznał się na moim kapeluszu, ucięliśmy sobie całkiem miłą pogawędkę, gdy sprawdzał czy nie przewożę narkotyków). Nareszcie kwadrans po piątej znalazłam się gdzie trzeba: przed wejściem nr 109. Lot był spokojny, zaczęłam czytać autobiografię Allena (zabawna, ale zmęczenie dawało mi się we znaki i nie dobrnęłam za daleko), pierwszy raz zamówiłam w samolocie herbatę (blee), po lądowaniu wyszłam szybko i ekspresowo przywitałam się z rodzicami. W domu opiłam się herbatą, objadłam śledziami w ziołowej zalewie i ciastem. Dobrze jest.

A Kochany? Nie leci do rodziny?
OdpowiedzUsuń@FrauBe, tym razem został w domu, kosił trawnik i kupował doniczki :)
UsuńZadziwia mnie!
Usuń@FrauBe, czymże? :D
Usuń