Obudził mnie skurcz nogi. Pakowanko ostatnie i wypad (pork pie, skóra, szwedy w których mankiety fastrygowałam przed północą). W pracy do południa, potem Szef wyjechał, a ja bez bagażu przemieściłam się do włoskiej restauracji. Zjadłam byle co, wyciągnęłam trochę kasy, wróciłam do biura po walizkę. Grzebałam się jak mogłam, ale po dojściu do dworca okazało się, że jeden autobus też się grzebał i spotkaliśmy się w tym samym miejscu i czasie. Na lotnisku byłam więc wcześnie, zjadłam coś konkretniejszego i zeszłam na kawę do Cloud Pickers. Akurat witano irlandzkich żołnierzy z 125 batalionu piechoty wracających z misji pokojowej w Libanie. Kupiłam rodzicom prezenty w Clinique. A teraz czekanie …
___
edit 19:00 jako że system wykasował mi z czytnika książkę, której wypożyczenie przedłużyłam, zaczęłam czytać coś innego: A House in Norway Vigdis Hjorth. Dobre to jest.
___
Zniknęła mi jedna godzina. Jest za kwadrans druga czasu lokalnego. O samym locie napiszę później; tatko otworzył nam leśną bramę ubrany w szlafrok; zwierzaki pochrapują, telefon mam już w kłakach. Mama wróciła do snu. Od Kochanego dostałam t-shirt Milińskiego i skarpetki w koty. Zjedliśmy po pączku, pora na sen.
___
edit 30/05, czyli następny piątek rano ;) dopiero teraz przypomniałam sobie, żeby napisać coś o podróży do Polski; nie było tego dużo, poczucie ulgi i późniejsze przemieszczania spowodowały, że dopiero teraz zebrałam myśli. Wyruszaliśmy z podogonia dublińskiego lotniska, ale nawet mi to odpowiadało (chłód piwnicy po przegrzanych poczekalniach na górze był prawdziwym rarytasem). W samolocie siedziała za mną dziwna para z malutkim dzieckiem. On wysoki, z rzadkimi włosami uciągniętymi w kitkę, ona nalana, trochę podobna do Marksistki 50 kg temu. Para wyglądała na neuroatypową, kobieta (mocno otłuszczona, gdy przechodziła, śmierdziało od niej starym potem) ciągle miała o coś pretensje i wyrażała je do partnera bardzo elaboracyjnymi zdaniami złożonymi. To było bardzo ciekawe, bo wydawało się, że oni bezustannie w czymś się nie zgadzają, ale wyrażali to spokojnie, długimi zdaniami. Dziecko wrzeszczało przez większość podróży, co akurat mi nie przeszkadzało, bo umiem się wyłączyć (czytałam książkę), ale część pasażerów nie była tak zdolna, rozglądali się, posyłali gromy, cmokali. Pierwszy chyba raz na lotnisku we Wro po pasażerów podjechał autobus, w każdym razie dla mnie to pierwsze takie doświadczenie. Kochany już na mnie czekał; nocna podróż do domu bez zakłóceń.
piątek, 23 maja 2025
1984. Znowu w drodze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Bardzo pochwalam telefon w kłaczkach! Skarpetki w koty też "fancy", jak mawia młodzież.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, młodzież mówi "fancy"? Czyli ze mnie też młodzież. Git ;)
UsuńJak cieszą skarpety w koty to dobrze jest ! Młodość trwa ! Do emerytury daleko !
OdpowiedzUsuń@Karuzelo, jak cieszą skarpety w koty, to znaczy, że mózg zdrowy, pomocy nie potrzebuje. Z młodością i emeryturą ma to niewiele wspólnego :)
Usuń