Czwartek zakończył się dwoma znaczącymi historiami. Po pierwsze, świekra zadzwoniła do Kochanego (temat podziału majątku nie został odpuszczon, brniemy). Po drugie, od kilku dni patrzyłam jeno na książkę Kazantzakisa, aż w końcu posłuchałam Mózgu i otworzyłam na czytniku If Only Hjorth (mam ją także w papierze, może będę stosowała dywersyfikację, jeśli tylko książka wywietrzała z kocich siuśków). Ale to wczoraj późnym wieczorem, zaś w piątek:
W pracy ciche pożegnanie. Był nawet uścisk z Szefem (który nie lubi uścisków) oraz lunch na cztery osoby w Simonie (zapamiętuję miejsce, mają dobry makaron).
Po posiłku szybko przemieściliśmy się na powrót do biura, Szef odjechał na motórze, ja poczekałam na Kochanego i przed trzecią ruszyliśmy z mężem na kaffkę do Czarnej. Po powrocie do domu, od razu spacer z Kocóreczkami, żeby wykorzystać okienko pogodowe (chwilę wcześniej padał deszcz; słonecznie, ale zimno). Rozmowa z Usz (w temacie świekry i sprawy wiadomej, oraz njusy kocie — biała pantera szwagrostwa będzie miała nowe rodzeństwo z adopcji). W głośnikach debiutancki album Świetlików, Ogród koncentracyjny (1995). Trochę obiboctwa z mojej strony, turlania się po łóżku; gdy wróciłam do Kuchniosalonu, właśnie trwała rozmowa Freda z Perlistym (wspominki, wymianki zdrowotne, kwestie kocie, i in.). Byczenie się weekendowa pora zacząć (w tle Maanamu album O!).
Dobry makaron - warto zapamiętać to miejsce na lunch 😀
OdpowiedzUsuń@Tomek, tak właśnie, dobry makaron to nie byle co ;)
Usuń