Pogoda jak latem, słupek zapewne przekroczył zapowiadane 23 stopnie, wczorajszy kocyk przechodni był najwyraźniej zapowiedzią dobrej aury. W pracy stres niezależny od osoby mej własnej, sprawy się grzebią, jeden z visitantes był rozczarowaniem. Za to pod koniec szychty wpadają Kif i Dżajmi, błazny jedne, zalazły mi w miesiącach wiosennych za skórę, a teraz przyszły się pochwalić aktualnymi sukcesami. Dobrze, może coś się odblokowało, choć onegdaj myślałam, że tej rury nie da się odetkać (nigdy nie wiesz, co będzie, trzeba by se wyhaftować makatkę). Jeszcze z pozytywnych rzeczy, kawa z Benkiem przed południem; uprzedziłam go o możliwych obsuwach w czasie, jemu to loto, i bardzo dobrze.
Spacer w cieple z myszami bardzo przyjemny, tylko Bronia uwalała się żywicą z cyprysików (nie wiadomo jak, bo na drzewo nie wchodziła). Nie bawiąc się w uprzejmości, futerko uwalane obcięłam w obawie, że akuratnisia przy wieczornych ablucjach może zatruć się tujonem.
Obiad Fredowy: pieczone bakłażany, smażone krewetki, "domowa" sałatka z polskiego sklepu. Tak mnie to rozczuliło, że usmażyłam kilka naleśników, żebyśmy podjedli je z konfiturą od Jot. Stałam przy kuchni, z głośników leciał Fish weltschmerzowy z Marillionem. Mimo średnich osiągów pracowych, niezły to był dzień, wymuszający złapanie dystansu, cieszenie się drobiazgami.
Kocyk byl piekny🤩
OdpowiedzUsuńInnyglos
@Innygłosie, tak właśnie. Człowiek musi częściej głowę zadzierać, patrzeć w niebo :)
Usuń