W mijającym tygodniu miałam taki pomysł, że w niedzielę wyjedziemy do Biblary pobuszować w książkach, ale wczoraj podczas wieczornej drogi powrotnej oświeciło mnie, że zamiast dłuższej podróży do krótszej przyjemności wolę posiedzieć w domu z kotami. I dobrze. Rano nie mogłam się wyturlać z łóżka, wstałam dopiero o dziewiątej.
Na śniadanie testowaliśmy pizzę z Tesco (Costa Mollica/ Primavera, to nie jest reklama, tylko wspomożenie słabej pamięci). Całkiem jadalna jak na gotowiec, Kochany zauważył wręcz, że przypomina placki podawane w Il Forno. Czyli może i tam odgrzewają gotowce? Przestaliśmy do nich chodzić już jakiś czas temu, wbrew nazwie nie ma tam śladu włoskich smaków.
Fred chciał się zająć pisaniem, więc po jedenastej sama poszłam nad morze. Samotny spacer zawsze jest wylęgarnią dziwnych myśli. Szłam przez drzemiące osiedla w drobniutkiej mgle, która osiadała mi na okularach. Nadchodził przypływ, w kawiarence kilka osób (walczyłam ze sobą, żeby nie wejść do środka, skutecznie powstrzymał mnie widok zajętych krzeseł na tarasie), w piasku duża liczba krabich rączek oraz śladów różnych innych nieszczęść, spacerowiczami byli głównie psi rodzice, weekendowi wieśniacy i amatorzy jesiennych kąpieli.
W ciągu dnia wracałam do lektury Boathouse Fossego (skończyłam ją czytać przed chwilą). To coś w rodzaju strumienia świadomości; w pewnej chwili, gdy akurat czytałam w sypialni, przyszło do mnie znane mi odczucie jedyności, ulotności doświadczenia, przyjemny spokój połączony z jakimiś pozawerbalnym wspomnieniem nie-wiadomo-czego, ponadczasowego przebywania we własnej głowie. Drzemka też była. I koci spacer. Nie zrobiliśmy porządnego obiadu, tak się nam dzień rozbabrał, stać mnie było jedynie na swojskie frytki w erfrajerze.

Całkiem przyjemna niedziela.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, czasami warto się zatrzymać :)
Usuń