Strony

wtorek, 29 września 2026

2478. Dzień o nazwie wtorek.

Rano: po lewej pomarańczowe słońce, po prawej szara buka ledwie tylko pożyczająca kolorową poświatę. Sztorm idzie, u nas taki sobie, na zachodzie kod żółty.

Jestem przyzwyczajona do tego, że mam rozwiązanie na każdy problem. Chyba nie narzucam się z tym innym ludziom, nie jestem namiętną pomagaczką, zostawiam człowieków w ich mizerii jeśli tylko sobie tego życzą, ale w moim własnym ogródku lubię sobie radzić. Pewnie to tak bardzo mi ostatnio uwiera w pracy: że aktualnie niewiele zależy ode mnie. Tzn. co zależy, to zależy: jest przeczytane, odpowiedziane, skatalogowane, ale czynniki ludzki to coś innego. Czekam, rozmawiam, aprobuję, wysyłam. Nie wiadomo jak sprawy się rozwiną i nie ma to nic wspólnego z moimi talentami lub wydajnością. Azaliż, za każdym razem, gdy nie kończę dnia pracy z efektami, które miałam na widoku o poranku, mam skręt kiszek ze złości. Bardzo niedobrze, bo trudno jest mi teraz odróżnić chwilowe wkurwienie ciała od innych objawów, które czekają na dochtóra. Pozytywną odpowiedź na jedno dręczące pytanie dostałam o godzinie drugiej: dwunastego. Hm, feck you your fecking cow, rzuciłam w biurowy eter. Tak więc wieczorem joga.

Kochany miał przed południem swoje badania, krwi upuszczanie i CT scan. Nie było szansy, żebyśmy pojechali razem. Za cienką ścianą biura buka coraz większa. Na morzu białe koronki.
___
20:25 właśnie skończyłam słuchać Ptaki i inne opowiadania du Maurier (Albatros, 2023). Dwa ostatnie opowiadania bardzo spoko, równoważą nieciekawe dwa pierwsze. Zapadł już zmrok, wiatr szura. Kochany w czasie, gdy zalegałam w sypialni, rozmawiał ze świekrą; wiemy już, że po pobycie w Wawie dwie noce spędzimy u Fredowej mamy. I dobrze, jeden kłopot logistyczny rozwiązany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.