Sobotę zaczynam późno, ósma, okna zapłakane deszczem, pod kapturem szlafroka słucham Dove solo w wykonaniu Dorothei Röschmann (2006). Melodia towarzyszy mi przez cały dzień.
Po śniadaniu dzwonię do mamy, rozmawiamy o pogodzie, o wypadkach pociągowo-samochodowych, o sąsiedzie, który nie lubił Filemona i jest może przygłuchy, a na pewno głupi, o Felku, który wyleguje się na maminym łóżku brzuchem do góry. Tatko też się pojawia, w kapeluszu roboczym referuje ostatnie przemyślenia.
O jedenastej wyjeżdżamy z Kochanym do miasta, najpierw do TK Maxxa, na kawę i do Tesco (w pierwszym sklepie szukam domowych bamboszy, znajduję coś o nazwie Monique w kolorze mocha jak głosi etykieta niby z UK, a w realu pewnie z Chin; nie szukam, ale znajduję kolejną czapkę Seebergera, tzn. mąż mi znajduje w dziale męskim, bordową z guziczkami, i kiedy trącamy się dupkami podczas przymierzania, Pan Murzyn nas zaczepia mówiąc It's the best love I never see, guys, the best love I never see). Potem jeszcze do kociego sklepu po drugiej stronie miasta, jedziemy więc prowincją — Fred wskazuje mi biały krzyż postawiony tam, gdzie Eileen miała wypadek po którym zmarła. Skoro ciągle kupujemy żwirek w Maxi Zoo, w końcu przełamuję się i ściągam ich aplikację.
Pomiędzy powrotem do domu i wyjazdem wieczornym wciskamy obiad Fredowy, przeglądanie Internetu i prawie godzinne wyjście kocie (dziewczyny zasadzają się na ogromniejące z dnia na dzień stado młodych szpaków kołujące nad osiedlem).
Wieczór z Ka&Jot, rozmawiamy głównie o medycynie, trochę o migrantach i polityce (czyli najbardziej o biednej Catherine, naszej prezydentce, co się musiała dzisiaj witać z Pomarańczowym knurem). Po rozmowach kuchennych jak zwykle przechodzimy do salonu obejrzeć oferty Netflixa (kontynuacja 1670, trzeci sezon, odcinki 3 i 4).
Wróciliśmy niedawno. Nadzwyczaj ciepła noc jak na tę porę roku, ciepła i bezwietrzna, więc cicha tak, że gdyby zając, lub inne stworzenie nad wyraz zębate, rąbał jabłka w ogródku, najpewniej bym go usłyszała. Podeszłam ostrożnie do bramki, nasłuchiwałam chwilę. Jeszcze nie.
No tak, pomarańczowy tam u Was był. Współczuję tej prezydentce.
OdpowiedzUsuńDokładnie to samo powiedziałem, gdy się o tym dowiedziałem, zwłaszcza że prezydentka jest jednocześnie psycholożką i widzi z kim ma do czynienia: Pacjent domaga się przyjęcia w gabinecie, choć nie chce podjąć leczenia, jest agresywny i w każdej chwili może powrócić uzbrojony, mszcząc się nie tyle na prezydentce, co na jej współobywatelach.
UsuńNo to trudny pacjent...
UsuńPotwierdzam, biedna Catherine 😢
OdpowiedzUsuń@FrauBe, już pojechał. Nagadał coś o poparciu dla zjednoczenia Irlandii i zapowiedział zdjęcie cła na whiskey.
Usuń