Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dżejmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dżejmi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

2411. I szlus.

Po pracy zakupy i Simona. W jedną stronę spotkałam Saren z córką, tralalala jak się masz mam się świetnie, w drugą zahaczyłam Izoldę dobrym słowem, w nagrodę dostaliśmy za darmo muffinki (kawiarnia właśnie się zamykała).

Pełni makaronu poszliśmy na półgodzinny spacer z kotami. Aura ładna, więc wyszliśmy też nad morze. Natknęliśmy się na Dżejmiego (schudł, sam się pochwalił) i tymczasowo zamknięte przejście w osiedlu (przeszliśmy i tak, mały buntownik na hulajnodze pokazał nam, że można się przecisnąć). Na plaży sporo ciał meduz kompasowych oraz tuptające mewy śmieszki; dom Gronji ma świeżą strzechę; nowy budynek na rogu, przy wyjściu z plaży, już ukończony, wygląda zamożnie i betonowo; wieś pachnie piątkowym wieczorem (pieczywem z pizzerii na rogu, pubowymi obiadami, frytkami z bistro) i buczy takimże gwarem (w pubach drzwi otwarte, życie szumi). Ale nad wszystkim już jakby ... jesień? Ech ...

Skończyłam Intermezzo Sally Rooney (Faber & Faber, 2024). Nie dalej jak przedwczoraj bąknęłam, że jeszcze jedną książkę muszę skonsumować do końca, zanim rozpocznę następną. Już się łamię.

niedziela, 15 września 2024

1734. Niedziela w odcinkach.

Zdecydowanie za mało snu; położyłam się po północy i jeszcze jakiś czas nie spałam (sobota zakończyła się uroczystą relokacją do ogrodu kolejnego gigantopająka), ale rano trzeba było wstać na śniadanie Junony i mój zegar mózgowy nie dawał mi spokoju. Pogoda szara, brak wiatru, lekka wilgoć (w nocy mżyło), wydaje się nawet ciepło. Narzuciłam na siebie bluzę i zaszłam do futrzastej sąsiadki, przy okazji ucięłam czat z Majkiem, który, wiadomo, kręcił się wokół swojego cackosamochodu (sąsiad opowiedział mi, jak Bán z sukcesem udał przed Katlin Junonę). U Junony szybkie tulanko, krople i wróciłam do domu, gdzie już czekała na mnie herbata i obudzony mąż (przed wyjściem zrobiłam mu kawę). Kolejny dzień sprawdzania stanu powodziowego z Wyborczą.
___
edit 11:27 Na śniadanie robale i pieczywo z masłem czosnkowym. Rozmowa z mamą (w lesie pada niezbyt intensywnie i rodzice są optymistycznie nastawieni); dla rozproszenia umysłu słucham dalszych części The Big Four, wypijam kawę; Fred zerka na wiadomości o stanie Bobru, pokazuje mi jak wygląda most z którego kiedyś patrzyliśmy na rzekę, teraz pozbawiony barierek, z wodą przelewającą się bezpośrednio pod jego brzuchem. Czytam właśnie, że w najbliższym czasie nastąpi niekontrolowany zrzut wody z zapory :I A więc najgorsze jeszcze przed nimi.
___
edit 14:00 Słucham kreminału, Kochany robi żurek, oraz rozmawia z Usz (szwagierka zdała relację z wizyty u mamy). Kilka minut temu woda przelała się przez zaporę, za godzinę będzie w Miasteczku.
___
edit 18:00



Po żurku à la Fred (czy też żurku 1500 kalorii) poszliśmy na spacer. W drodze do plaży spotkaliśmy Dżejmiego, który zakosami, jak dzikie zwierzątko, udawał się na plotkarski zwiad w temacie, kto wprowadza się na osiedle. Sąsiad zamierzał udawać, że tylko przechodzi, podsunęliśmy mu pomysł, żeby niby podziwiał nasz ogródek; poza tym wytłumaczyłam się z mojej porannej nieobecności autobusowej. W drodze powrotnej spotkaliśmy z kolei Johna, Sprzedawcę Butów, po cywilnemu i w towarzystwie pięknego, dużego psa rasy czarny terier rosyjski. Pomiędzy tymi dwoma spotkaniami doszliśmy nieco za kamienny winkiel, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy do kawiarni. Zajęcie miłe, choć w myślach i dialogach nadal wielka woda.
___
edit 22:10 Wu zadzwonił do Freda, coś krótko rozmawiali. Próbowaliśmy oglądać Teczkę Ipcress (1965), ale albo już nie te klimaty, albo jesteśmy zbyt spięci sytuacją ogólną; po pół godzinie zaczęły się pierwsze skrolowania fejsbuka w poszukiwaniu najnowszych informacji o zaporze, rzece, moście, i tak dalej. Zapora stoi, rzeka płynie, na moście worki z piaskiem, wojsko przyjechało, ciemno. Pocieszam się, że ktoś uratował psa, a ktoś inny jeża. Ogólnie jednak jest słabo i nic nie możemy z tym zrobić.

wtorek, 14 listopada 2023

1429. Od wschodu do zachodu.

Oboje z Kochanym brniemy z wysiłkiem przez listopad. Niby nic złego się nie dzieje, ale rzeczywistość odrobinkę gniecie. Rankiem (kompletnie zamroczonym) Fred do Dublina, godzinę po nim ja do Drołdy. W drodze do pracy testowałam słuchawki na Obronie Sokratesa Platona, tekście czytanym przez Andrzeja Chyrę. W pracy ciekawie, połowa dnia wyjściowa, pokręciliśmy się tu i tam, był spacer pod górkę, masaż dłoni, przemówienie specjalisty od bezdomności (jezuity, który mówił w większości z sensem - widziałam na własne oczy sławnego ojca McVerry) oraz głaskałam konie policyjne, które miały na imię Aillen i Bradán. Po południu trochę letargu, była też wyprawa do sklepu arts & crafts (co żeśmy się z Luizą pochichrały, to nasze).

Gdy wracałam do domu w autobusie zaczepił mnie Dżejmi, złożył kondolencje i wspominaliśmy Rysia. Sąsiad opowiadał jak mówił kotu, że jest "chubby" i chyba z tego powodu Rysio go nie lubił, chociaż przecież dostawał od niego wołowinkę (sąsiadka z osiedla domków na kółkach, choć Ryszarda osobiście nie znała, potwierdziła, że nie mówi się kotu takich rzeczy prosto w wibrysy, bo to niegrzecznie). Kiedy wysiadam przy naszym osiedlu jest już prawie zupełnie ciemno. 

Robiąc obiad zaczęłam słuchać kolejnego Platona, Ucztę, tym razem czytaną przez Andrzeja Seweryna - skończyłam na pierwszej godzinie, bo Kochany wrócił z pracy (nie wiem, czy całość dokończę, pilnie przytupuje na mnie jeszcze jedna rozgrzebana lektura). Obiad nawet niezły, na deser granola, żeby życie było znośniejsze. Długo rozmawiamy o opiniach ojca McVerry. Czytanka. Spać.

niedziela, 1 stycznia 2023

1112. Artretyczny pierwszy stycznia.

W nowy rok weszłam z bólem ramion i z kotem nadal kręcącym nosem nad jedzeniem. Jedno i drugie dezorganizuje mój optymizm. Rano było jednak trochę więcej światła niż wczoraj i zmotywowało mnie to do spaceru nad morze (na ramiona dodatkowa warstwa swetra):

Morze zabrało to, co dało wczoraj, duże muszle ślimaków zniknęły. Jeśli ktokolwiek, tak jak ja, zastanawiał się, jak się robią ślady po pąklach na różnych morskich płaszczyznach, proszę bardzo, muszla z pąklami i śladami po nich na jednym obrazku:

A tu meduza (odpływ jeszcze zdążył zamoczyć mi buty), najprawdopodobniej beczkowata, rhizostoma pulmo:

Parę osób kapało się w lodowatej wodzie, ogólnie spacerowiczów nie za wielu, kilkorgu powiedziałam happy new year, podobnie zresztą jak później Dżejmiemu, który wyszedł przed dom zapalić papieroska w swojej pidżamie w hamburgery (wyglądało to jak pidżama, choć mógł to być jego strój odświętno-elegancki). Coś tam burknął, że nie za bardzo czuje ten nowy rok, jak to Dżejmi.

Na kalendarz'23 zostały naniesione pierwsze daty: tomograf Freda w lutym i Aida Verdiego w kwietniu (Kochany właśnie kupił bilety). Była rozmowa z tatkiem (2x; w Polsce bardzo ciepło) i z mamą (2x; prawie już jest zdecydowana na emeryturę, ja pozwalam sobie wątpić w te niby plany). Przez resztę dnia bardzo słabo się mam w temacie robienia rzeczy pożytecznych, mitrężę czas na genealogii, dumaniu o głupotach, słuchaniu muzyki; po prostu chciałabym zasnąć, albo uciec w magiczną krainę bez deadline'ów (co na jedno wychodzi). Częściowo to pewnie przez kota, oboje się mu przyglądamy, próbuję czytać w kocich myślach, czy to bardziej uszy, czy brzuszek. Fred nie mógł się rozleźć tak zupełnie, bo znowu ma pracę od dziesiątej wieczorem i wróci jutro po wschodzie słońca. Na zakończenie dnia zaserwowałam sobie podobno najgorszą ekranizację Jane Austen, Perswazje (2022) z Dakotą Johnson. Sama nie wiem. Jeśli chodzi o poziom krindżu, recenzja FishTalking bije film na głowę ;)

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

965. Komórka mózgowa ds. laptopa.

Ciepło, szerokie spodnie i bluzka z rollingstonesami. Grubaskowaty Dżejmi szedł ze mną do West St w swoim różowym outficie porannym popalając e-papierosa o smaku truskawkowym. Bye Dżejmi, and don't follow me!

Ponieważ zapowiada się nam jednorazowy przypływ gotówki, Fred zaproponował kupno nowego komputera (dla mnie). Nawet bym o tym nie pomyślała, gdybym nie była znaną lokalnie rozlewaczką herbat na klawiatury. Mój HP Envy to nadal niezły sprzęt, ale przez to rozlewanie muszę do niego podłączać klawiaturę zewnętrzną, bo laptopowa nie działa poprawnie (szejm on mi!). Przeglądam modele, kminię ceny. Przy okazji ożywa mi w głowie odłożony na później temat czytnika książek (zajmuje się nim pewnie ta sama komórka mózgowa).

Kochany wrócił nad ranem, za to dzisiaj miał wolne i po pracy mogłam mu wpaść w ramiona, co też skrupulatnie uczyniłam. Poszliśmy do Il Forno na makaron, potem szwendaliśmy się po mieście. Doszliśmy aż do Scotch Hall (kładka na rzece nadal w remoncie, nic nie szkodzi, dzięki temu zajrzałam przez okno do knajpki powstałej na miejsce zamkniętej Canale), małżonek sprawdzał ceny butów, ja poszłam do księgarni zanurzyć się w zapachu farby drukarskiej. Zakupów brak (poza dwiema zgrzewkami sanpellegrino z Dunnesa odwiedzonego po drodze do parkingu). Jeszcze mi sie roiło, że wróciwszy do domu pójdę na plażę, ale po wstępnym przywitaniu się z kuchnią odcięło mi w mózgu prąd. Kochany też nie miał melodii do dalszej włóczęgi i spędził wieczór rozmawiając przez telefon z Robem, starym kumplem i zacnym, z którym nadganiał życiowe aktualizacje. 

Już mi się mężowski wyjazd do Polski zaczyna nie podobać, nie będzie go trzy tygodnie, a myślałam, że dwa. Buuu! Niecałe trzy tygodnie, podkreśla Fred, gdy czytam mu tę notkę (coby mi małżonek pomysł na jej tytuł podrzucił, gdyż komórka od wymyślania tytułów już śpi). Zaraz, zaraz, zaraz, niech no to ładnie ubiorę.

piątek, 22 lipca 2022

947-948. Nierówno w blokach.

Czwartek.
Najpierw obudziło mnie ciamkanie kota, potem ... ciamkanie kota. Ryszard jeszcze raz wpadł do domu coś wciągnąć, gdy Fred wybył już do pracy. 

Sprawdzam prognozy na kilka dni. W najbliższym tygodniu ma być normalnie, 20℃ czasami podlane deszczem. Wybrałam się na spacer nad morze, by przy okazji w powrotnej drodze kupić steki. Mimo wszystko można się zmachać, w powietrzu wisi nieokreślona duchota. Podejmuję próbę umycia piekarnika, ale wkurwiam się po pięciu minutach. 

Zagęszczają się ruchy naokoło opuszczonego domku Judżina: jakiś czas temu odwiedzacze, wczoraj elektrycy, dzisiaj hydraulicy. Wszystko znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że niedługo będziemy mieli nowego sąsiada, pytanie tylko ile to "niedługo" potrwa, bo już się nie mogę doczekać.

Piątek.
Ryszard zaskakuje mnie poranną wartą we frontowym ogródku. Tymczasem my ... nie powiedziałabym, że jesteśmy zwarci i gotowi. Fred kończył dzisiaj pracę wcześniej, świetnie, bo te codzienne zmiany ciurkiem od gorącego poniedziałku zaczynając bardzo go sterały. Teściowa odprawiona od tygodnia, więc to z głowy. Rano na przystanku rozmowa z Dżejmim, który musiał z kimś pogadać, bo jechał pierwszy raz do pracy (przez to nawet przysiadł się w autobusie). Spotkałam go potem w Moorlandzie, towarzyszył grupie specjalnej młodzieży.

Zaczęłam pracę od kawy i słuchania Tortiniego. W pracy coś tam klikałam jednym palcem lub dwoma, dzisiaj tylko Saren, więc sobie rozmawiałyśmy o tym i tamtym, przy okazji wypłynęło wspomnienie o cioci Stasze, dobrej kobiecie. Moje cv poszło w zeszłym tygodniu do miejsca w którym fajnie byłoby mieć praktykę, tak mnie poinformowała Katrina, kreśląc od razu obraz, że nie tak łatwo sobie tam wejść. Wiem.

Fred odebrał mnie spod pracy, wróciliśmy do domu z zakupami, w ogródku przywitał nas Ryś. Dobra nowina jest taka, że bombka między oczami zniknęła, może rzeczywiście to był pryszcz, albo kleszcz z czapką-niewidką, miejsce jest lekko zadrapane, ale nie ma guzka. Słońce miło dawało, więc poszliśmy z kotem na spacer. Widać, że futrzak coś rozkminia i próbuje się w ogródku wygodnie ułożyć, kocim weltschmerzem czuć na kilometr. 

Na dworze pięknie, w głośnikach Joe Bonamasa Live at the Sydney Opera House (2019), Fred zrzucił ubranie robocze i wskoczył pod prysznic. 
___
edit 17:49

czwartek, 9 czerwca 2022

905. Zmiana pogody.

Tak mnie zmęczyły noce bez Freda, że dzisiaj nawet nie wiem, kiedy wrócił, zasnęłam snem niedźwiedzicy. Początek dnia nie zapowiadał niczego szczególnie przyjemnego, od rana mżył deszcz, wysiadywałam w domu kompulsywnie gmyrając w drzewie genealogicznym. Nawet nie zjedliśmy porządnego obiadu, Fred od razu wsunął pierogi na późne śniadanie. Potem się niespodziewanie rozpogodziło, a nas kopnął jaś wędrowniczek. 

Pojechaliśmy najpierw na zakupy spożywcze, a tak naprawdę to przejść się po hipermarkecie i spod TK Maxxa, gdzie był zaparkowany samochód, pomaszerować do Costy. Po kawie był rozwlekły powrót samochodem na wieś w towarzystwie trzypłytowej, punkowej składanki Lust For Life: The Music That Changed A Generation (Fred kupił na którymś wyjeździe, zapewne będziemy jej słuchać w czasie podróży autem jeszcze nie raz). Weszłam do domu tylko na chwilę, bo Kochany zaproponował spacer z kotem dookoła osiedla. Voilá:


I niebo nad osiedlem, prosz:


Po drodze napatoczył się Dżejmi, który bardzo zapragnął Ryszarda pogłaskać, więc mu kot powiedział co o tym myśli. 

Przyjemnie, jasno, dość ciepło. Chciałam jeszcze. Żeby nie łazić na głodniaka, przy płycie Hejzela (Fred wcześniej rozmawiał z nim przez telefon, panowie coś tam kręcą akcję z pokazem filmu połączonym z koncertem) napchaliśmy się na szybkiego sałatką jarzynową z polskiego stoiska w Tesco. Potem podjechaliśmy samochodem na parking przy plaży. Ładnie, jakieś chłopaki w negliżu grające w piłkę, parę pań pływających w zimnej wodzie, kilka rodzin z psami. Po piachu skacze mnóstwo pcheł, bo akurat zaczął się odpływ, kolację trzeba zjeść przed zachodem słońca, nie? Fred mnie tula. Dobrze mi, no, co zrobić ;)

wtorek, 22 grudnia 2020

371. Koronawirus again i przygody Ryszarda.

Pomimo mokrego chłodu poszliśmy na spacer na plażę, słusznie, bo wiatr był bardzo słaby, a to znaczy, że dobrze. W drodze powrotnej zaczepił nas korpulentny chłopiec, którego znamy z widzenia, a który zna Ryszarda i nawet go kiedyś głaskał. Akurat wracał z zakupami z Mace'a, więc przy okazji wymieniania irlandzkich uprzejmości powiedział, że mieszka z siostrą pod 67, że widzi jak spacerujemy i że to miłe (jego uprzejmości z innym chłopcem też były interesujące).

Krótko po południu nastąpiła zmiana planów na wieczór — Ka zadzwonił z wiadomością, że wszyscy w domu nadal kaszlą i chociaż jest pewien, że to nie ta wiadoma zaraza, lepiej być ostrożnym, więc z klubu filmowego nici. Pojechaliśmy jednak do Dundalk wieczorem, żeby kupić jabłka, przy okazji podrzuciliśmy Jot pidżamki dla chłopców i słoik Fredowego bigosu, który wyszedł palce lizać (małżonek pichcił strawę do drugiej w nocy). Po powrocie do domu (było po ósmej) w głośnikach Matka, Syn, Bóg spółki Waglewski Fisz Emade (2013), w piekarniku pizza z Tesco. Już wiadomo, że podróże do/z UK nie będą możliwe przynajmniej do końca roku. Gorzej, następny lockdown wydarzy się na dniach, dzisiaj niewiele zabrakło do tysiąca pozytywnych testów — stąd od św. Stefana (za 4 dni) wraca zakaz przemieszczania się poza hrabstwo. Fred mówi, że dobrze, że tu jestem, ma z głowy martwienie się jak wylecieć do Polski.

A tak w ogóle, po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka na lokalnej grupie Spotted. Idąc w południe na spacer byliśmy śledzeni przez Rysia, który zawędrował na swoją dawną ulicę. I tak, po tym jak Rysio spał już smacznie w łóżku, zobaczyłam na grupie Spotted zdjęcia naszego kota zrobione przez dwóch zatroskanych mieszkańców, którzy martwili się, że kotu zaginęli właściciele. Porozmawiam z nim o tym. Ale to już chyba jutro, bo nie mam serca go budzić.