Jeszcze w nocy zaczęła mnie pochłaniać lektura autorstwa Grzebałkowskiej, Beksińscy. Portret podwójny (Znak, 2014). Zamierzałam fascynację kontynuować po śniadaniu, ale jak przyszło co do czego, wyjechałam z Fredem w poszukiwaniu prezentu urodzinowego dla Ka. Wizyta w TK Maxxie zakończyła się zakupem dwóch rzeczy na gorące lato (zielonkawa spódniczka z cieniutkiej bawełny Beacon Cove i lniane, obszerne spodnie Tahari; i jeszcze warte wspomnienia ineksprymable od Kleina — to oczywiście nie są prezenty dla Ka). Zmęczeni zjedliśmy lunch w Cafe Lemonade i w końcu, w sklepie, który odwiedziliśmy dzisiaj jako pierwszy, kupiliśmy młynek do kawy. Po powrocie do domu, bez przebierania się, tylko po herbacie, wyszliśmy na spacer. Pogoda umiarkowana, kilka osób kąpie się w morzu, przypływ spycha na piasek tysiące drobniutkich galaretek.
Fred chciał obejrzeć Disco polo z Ogrodnikiem, ale zapału wystarczyło nam na kwadrans. Za dużo pastiszu w tym pastiszu. Wskakuję pod prysznic, potem wracam do lektury zaintrygowana wszystkimi nerwicami Beksińskiego ojca.
Nawet pastisz ma granice dobrego smaku. Film nazywał się "Disco polo", więc od muzyki nie mogłem wiele wymagać, ale scenariusz mogliby dopracować. Przecież niedawno oglądaliśmy również pastisz, "Klątwę skorpiona" i różnica klas była bardziej niż odczuwalna.
OdpowiedzUsuńW obydwu filmach próbowano naśladować sposób narracji, tyle, że disco polo samo w sobie ma narrację tak idiotyczną, że jej pastisz to koszmar.
UsuńZakładasz optymistycznie, że lato będzie gorące?
OdpowiedzUsuńGdzieś i kiedyś będzie, a ubrania są niemodne, czyli ponadczasowe ;)
Usuń