Przed południem byłam w biurze, żeby podpisać godziny wypracowane w ostatnich czterech tygodniach, pierwszy raz weszłam do budynku, chwilę porozmawiałam z Lorejn. Z mężem ładnie spożytkowaliśmy resztę czasu w Drołdzie. W Bootsie kupiłam upiększacze oczno-cerowe (będę testowała true match L'Oreala w kolorze vanilla, tej samej firmy maskarę i tusz do brwi), a dla Freda w innym przybytku dwa balsamy po goleniu Chanel (Bleu i Allure). Zrealizowaliśmy też wczorajszy pomysł na spacer — z kawami i lemon drizzle z Costy pojechaliśmy do Oldbridge. Ciasto przydało się do dokarmiania ptaków w parku (dwa gangi, zięb i wron, jedna malusieńka modraszka).
W parku uprzątnięto zeszłoroczne badyle, drzewa owocowe są przygotowane do nowego sezonu, ale na razie kwitną tylko narcyzy, powoli rozkwitają rododendrony. Zrobiliśmy kółko po ogrodzie za murem, i drugie kółko przy polu bitwy.
Dwa razy rozmawiałam dziś z mamą. Pies rodziców już po zabiegu u okulisty, spokojnie odpoczywa w domu.
Obejrzeliśmy Śpiocha (1973), to jeszcze nie Allen w rozkwicie, ale trochę slapsticku wieczorem krzywdy nikomu nie robi. Tym bardziej, gdy po filmie człowiek musi zalogować się na stronie Ryanaira i po raz enty odłożyć wylot do Polski. Termin: druga połowo sierpnia. Racjonalizacja: wcześniej nie, bo rodzice cyklinują podłogi, ale i tak mi przykro.




To rodzicom pomoc przy cyklinowaniu nie byłaby potrzebna? Będzie miał kto meble poprzenosić i takie tam? :)
OdpowiedzUsuńFaktycznie ludzie różnie odbierają i organizują wizytę najbliższej rodziny :)
Usuń