Zaczęłam dzień od słuchania solówki w Walk on Hot Coals. Frustracja w związku z papierami mi się w głowie buduje i jedyny sposób, żeby się jej pozbyć, to pchnąć sprawę do przodu. Dzisiaj tylko telefon do mamy, żeby mi przeskanowała dwa papiery. Plusem dnia była późniejsza pobudka.
Prognoza pogody osłabia — mimo wszystko ciepło, oficjalnie na 99% nie będzie padało, a w mieście mżawka. Nie byłoby tematu, gdybym dzisiaj po sprawdzeniu prognozy nie założyła pierwszy raz nowej ramoneski. Piękna jest, zasługuje na lepszą aurę. Przed pracą croissant z kawą w Simonie, miejscu na 54 St Laurent (do pandemii pod tym adresem był Fifty4 Seafood Bar, z którego nigdy nie złożyło mi się skorzystać), stolik pod markizą i chwila rozmowy przez messengera z Luś.
Kochany pracuje niedaleko, o jedno miasto na północ, ale znowu się mijamy i widzimy głównie w telefonie. Siedzę sobie o tej porze i zastanawiam jak niehisterycznie zagospodarować czas przed snem. Być może Midsomer Murders (jeśli już, to The Maid of Splendour), a w łóżeczku doczytywanie biografii Rory'ego.
Doczytałem do "oficjalnie na 99% nie będzie padało, a w mieście mżawka" i usłyszałem, jak u mnie deszcz bębni o garnek na balkonie. Klątwa z Irlandii :)
OdpowiedzUsuń(ale z drugiej strony pranie, które wywiesiłem wieczorem, dokładniej się wypłucze, więc jakiś plus też jest)
OdpowiedzUsuń