(bluzy z maryjką nie będzie z powodu braku kabelka)
Obudziłam się o 3:26, śnił mi się chomik. Taksówka pojawiła się o przyzwoitej porze (wyjazd z domu został poprzedzony ostentacyjnym obrażeniem się na nas kociości). Cała podróż była wzorcowa, odlot o czasie, przylot również co do minuty, pogoda piękna, zagęszczenie w samolocie na poziomie 1/3 normalnej liczby pasażerów. Dla mnie może tak być zawsze.
Tatko wydaje się jakiś taki ... niższy, mama jak zwykle, babcia wietrzy swoją śmierć. Wszystkie koty grubsze, psy poruszają się wolniej (Malinka zapuściła wąsy jak Piłsudski i szczecinę dzika na karku). Dom i ogród przeszły w ciągu ostatniego roku sporą metamorfozę (nowy tynk, zabytkowy kredens, zakątek z huśtawką zrobiony w miejsce starego bukszpanu). I tylko my ci sami. Po obiedzie poleźliśmy oczywiście na spacer, trochę na cmentarz do dziadka Bronka i cioci Stachy, trochę ogólnie napatoczyć się na oczy temu i owemu. Wyszło to z przytupem, bo przy cmentarzu spotkaliśmy kółko różańcowe przygotowujące bele siana (jakże to kreatywne) na gminne dożynki.
Wiemy od Marksistki, że pozer harmonijnie ułożył sobie z nią resztę dnia (rozmawialiśmy wieczorem), a chomik bezpiecznie biskupuje w swojej kurii. Fred już pochrapuje na nowym łóżku, odsypia dwie krótkie noce.
Mnie minionej nocy się śnił dzik, odyniec wielkości czterech normalnych dzików (albo małego żubra).
OdpowiedzUsuńBrawo, to dobry sen był.
Usuń