Fred już około szóstej wyjechał w kierunku Ennis, ja wstałam godzinę później i jeszcze zrobiłam ostatnie sprzątanie w kuchni przed godziną zero. Kochany zadzwonił, gdy był kawałek za Dublinem, sączył kawkę z Insomnii i świecił błękitnym niebem. Pogoda była udana przez cały dzień, mało wietrzna i ciepła (przed pracą wysłałam w końcu list do Kildare, a przy okazji, kupując kopertę a4, natknęłam się na Martaszkę).
Już w pracy, na parkingu przed siłownią poznałam w końcu Marksistkę, która kiedyś napisała pracę dyplomową o dżdżownicach, a obecnie od dwóch tygodni jest irish artist certyfikowany. Ponieważ Fred obwoził naszego gościa po Drołdzie i naszej wsi, postanowiłam wrócić autobusem. Tak się złożyło, że do przystanku odprowadzili mnie Kejti i Alex. Dobre dzieciaki. A może złe. Dla mnie są miłe.
Marksistka zjechała z kurią, czyli ogromnym pałacem chomiczym:
A w nim japoński kolowrotek cichobieżny i w ogóle, wypas, przestrzeń i sztuka użytkowa. Marksistka zainspirowala mnie pożądaniem posiadania klawiatury logitech K380 w kolorze magenta. Oraz zburzyła chomiczą norkę, żeby sprawdzić, czy biskup dobrze zniósł podróż :
Bluzę naszej gościówy (z maryjką) wstawię później, gdyż fotka nie chce się teraz załadować, a laptop trzeba by już zapakować do walizki.


Chomik, nieźle. Rysio będzie wodzony na pokuszenie :)
OdpowiedzUsuńŻycie jest pełne pokus, ale wiemy też, że Marksistka podbiła Rysiowe serce :)
UsuńChomik też ma taką szansę - przez żołądek do serca, jak to mówią. ;-))
Usuń