Czekaliśmy ponad półtorej godziny (mąż nucił mi w tym czasie motywy m.in. z Reksia i Porwania Baltazara Gąbki). Młody lekarz w różowych skarpetkach w zwierzątka zakomunikował Fredowi, że wszystko jest grand, nie ma śladu skrorupiaka na ct scanie ani we krwi oraz obmacał Kochanego od pasa w dół i zasugerował, że te bóle w kolanie to może być romantyzm, czyli SKS. Będzie się jeszcze ktoś przyglądał za jakiś czas, po MRI biodrowo-kolanowym. Za to od ręki da się zrobić pana Röntgena, więc z kanciapki onkologicznej przeszliśmy do głównego budynku, gdzie spotkaliśmy malutką Justinę. Wiele o niej od Freda słyszałam, chyba dobra dusza, czułe ma usposobienie i cieszy się na widok mojego męża, nieleżącego, przebierającego nogami. Może będzie okazja się kiedyś spiknąć. Ona jednak w pracy, a my, myk myk, zeszliśmy do podziemia.
Czekanie na rentgen krótkie (nawet nie wyciągnęłam książki, wolałam poprzyglądać się ludziom). Wychodząc nie spotkaliśmy już Justiny, kawa z nią będzie innym razem. W międzyczasie mijało nas na korytarzach i w poczekalniach wiele trudnych przypadków, wiele cierpienia. A jednak ... lubię tego molocha, tutaj uratowano Fredowi życie.
Ruszyliśmy ku tęczy zatrzymując się dopiero w Drołdzie. Po kawie Wiadomo Gdzie zajechaliśmy na krótkie zakupy po których mam od Freda dwa prezenty (rudą, jedwabną kamizelkę Majestic Filatures i niebieskawą, lnianą koszulę Sigrid Olsen), a od siebie tescowe witaminy na wiosnę (wit. D i zestaw z wit. C + cynk i selen) oraz książkę Catherine Corless o dzieciach z Tuam.
Gdy siedzieliśmy przy kawce odezwał się mechanik z nowiną, że zamiast pierniczyć się z częściami może lepiej wymienić bojler na nowy. Musi pomyśleć, czyli dzisiaj z wizyty i naprawy nici.
W temacie książkowym, słusznie uznałam, że czytanie o psie mnie odblokuje czytelniczo — Tristram bardzo dobrze mi się kartkował w poczekalni onkologicznej, może oświecenie to odpowiednia epoka na takie sytuacje? Pomimo hulającego za szpitalnymi oknami wiatru i przedłużającej się w chatce z piernika awarii ogrzewania, dzień był bardzo pozytywny. Wyniki takie, jakich sobie życzyliśmy, towarzystwo wzajemne wspierające, spotkanie Justiny (jeszcze jednej Polki, która nie wraca) krzepiące. Po obiedzie dokończyliśmy powtórkę drugiego sezonu Ojca Teda. Gra nam Rory z jednej ze swoich płyt live. Prysznic i wracam do czytanki.
No i fajnie.
OdpowiedzUsuńTe boksy w szpitalu to na stałe, czy w ramach obrony przed covidem?
Nie wiem, pierwszy raz byłam w tym budynku, ale całkiem możliwe, że to na czas covida.
Usuń