— Widzisz, gdzie ona jest? (znajduję) Leżała na Ralphie.
— Myślę, że Ralph nie miałby nic przeciwko temu, stwierdza Fred.
Przy śniadaniu słuchamy pani Ewy, w oczywisty sposób pojawiają się więc tematy ciężkie, jak nadmierna egzaltacja pani Groniec, powstanie warszawskie, czy dywersyfikacja energetyczna Polski. Za to po kawie spacer lekki i zajmujący. Wracamy z niego dopiero o trzeciej, choć przemierzamy tylko naszą wsiową plażę, aż do tamtej wydmy. W czasie spaceru widzimy dużo różnych rzeczy, np. ziemniaki morskie (ten akurat był bardziej byłym ziemniakiem morski, ziemniakiem RIP/śp.):
albo kamienie:
Kamienie były duże, ale małe też:
Pewien piesek o imieniu Lilo przyniósł nam nawet jeden kamień, żebyśmy mieli. Spytałam się chłopca z aparatem na zębach czy to jego pies. Jego, i tak już ma, że przynosi kamienie. Dobry piesek, chłopak też dobry, spokojny, taki irlandzki. To oni tam w oddali sobie gadają:
Plaża robiła się coraz mniejsza i mniejsza, bo morze wracało, ale doświadczenie było niezwykle przyjemne (fale nie za wysokie, woda miała optymalną temperaturę). Pod koniec spaceru obserwowaliśmy, jak Michael (to wioskowa łódź ratownicza) wyjeżdżał z pomocą kolegi z hangaru, zwodował się i odpłynął w siną dal. Potem suszyliśmy nogi na ławce pod kawiarenką:
W domu ponownie o ósmej. Ryszard się akurat pojawił, bez obroży przeciwpchelnej i z ranką na szyi. Gdyby nie ta dziwna sytuacja, której kot nam nie chciał wytłumaczyć, byłaby to niedziela idealna. Wieczorem miała być burza, radykalna zmiana pogoda. Na razie nic z tego, brak wiatru, niebo łypie na nas bezdeszczowo. Białe koty Anne przywędrowały do naszego ogrodu i w ciemności robią za duchy.






Nogi całkiem blade, zupełnie jak moje.
OdpowiedzUsuńJak na Irlandię, nieźle opalone :)
UsuńJaka fajna, spokojna niedziela.❤
OdpowiedzUsuńTo prawda, powiedziałabym, że bajkowa, ale w takim razie żyję w bajce przez większość czasu 😊
Usuń