Nad ranem rzęsisty deszcz szumiący za otwartym oknem, a potem zaskakująco wiosenna pogoda (gdy po południu wróciłam z Kochanym do domu, w tle osiedla szemrała kosiarka). Zjedliśmy obiad, Fred w międzyczasie przyciął resztę lawend, ja chwilę podumałam nad narcyzami.
Z cebulowej rozsypanki z zeszłego roku, którą dodatkowo pogrążyłam późnym i niedbałym wysadzeniem do ziemi, ocalało różne kwiecie. Karłowate Jetfire, Bridal Crown i Lucky Number nie tylko wzeszły, ale nawet całkiem ogarnęły temat z rozkwitaniem (choć dwa pierwsze na razie nie tak licznie):
Delnashaugh powoli się mobilizują, przekwitają Ripy van Winkle (nie zdążyłam z fotkami), tulipany Little Princess, w zeszłym roku kwitnące w jednej donicy z Golden Bells, mimo przesuszenia, a potem przemoczenia, przetrwały i z wysiłkiem zbierają się do kwitnienia (wydaje się, że Golden Bells w osobnej donicy też dadzą radę, choć z pewnością nie wysypią kwiecia tak licznie, jak ostatnio):
Po krótkiej dłubaninie w ogrodzie Fred stwierdził, że przyjemniej się pracowało w kocim towarzystwie. Zgadza się. Znalazłam dzisiaj zdjęcia sprzed dokładnie 3 lat (tego dnia Rysio pokazywał brzuszek Annie):
Zadzwoniłam do rodziców, nastroje mają raczej słabe (szczególnie mama) i trudno było ich rozweselić. Stresuję się piątkiem i faktem, że nie jestem przygotowana. Jaki jest sens, żeby robić to na ostatnio chwilę?, zastanawiam się głośno. Bo to Irlandia?, podpowiada Fred. Tak, że ten, dostrajam się do sytuacji zastanej. Pierdolę to.



To już macie taką trawę, że sięgnie do ostrza kosiarki?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, trawa rośnie tu cały rok, tylko zimą wolniej.
UsuńWymiękam wobec Twojej znajomości kwiecia.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, sama kupowałam cebule, więc co nieco kojarzę. Ale za bardzo przyzwyczaiłam się do myśli, że mam rękę do kwiatów, i w ostatnim sezonie zaniedbałam obowiązki (czego efekty widać).
Usuń