Noc była jak świt, niebo jaśniało.
Po śniadaniu dodzwoniłam się do rodziców i prawie godzinę rozmawiałam z mamą o starych Polakach, choinkach naściennych, kuzynostwie i naszym przyjeździe. Rodzice ucieszyli się, że wpadamy (będziemy kilka dni przed świętami i z pewnością pokręcimy się po okolicy), robią już jakieś niewielkie ruchy w tym kierunku, żeby było dobrze. Poza tym tatko robi sobie zęby za tysiące. Pochwaliłam.
Jestem dzisiaj o wiele bardziej rozgarnięta, nie wiem, czy to słońce, czy zapach rosołu, w każdym razie nie przysypiałam i ruszałam się całkiem żwawo. Za oknem szpaczory rąbią opadłe jabłka, aż miło (sądziłam, że to tylko gratka dla kosów, ale nic z tych rzeczy). Kochany po pracy dostał obiad dwudaniowy, co się u nas nie zdarza często.
Fred rozmawiał wieczorem z Perlistym; przyjaciel jest ponad tydzień po dość poważnym zabiegu rozwiązującym problemy zdrowotne z którymi zmagał się od jakiegoś czasu. Czy przed końcem roku nareszcie zgadamy się na spotkanie w czasie i przestrzeni (jak to się rzekło Bukackiemu), któż to wie.
W Połanieckich wyszłam z pierwszego tomu i stwierdziłam, że nie będę się już rozpraszała na inne lektury, tylko dotrwam z tą jedną do końca (jak się można domyślić, Bukacki jest moją ulubioną postacią). Jutro trzeba się zerwać przed świtem, na razie daję jeszcze nura do książki.
No i fajnie.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, i to jeszcze jak! :D
Usuń