Zamiast się szwendać, zostaliśmy w domu. Dokończyłam pracę papierkową, więc od razu trochę lepiej mi się zrobiło między uszami. Po południu Kochany przejął stery kulinarne, wyciągnął wolnowar (który kiedyś zakupił i który nigdy nie był w użyciu), skroił kiełbasę i cała procedura bigosowa została w ten sposób rozpoczęta. Na obiad steki, sos pieprzowy, brokuły gotowane na parze.
Po obiedzie zadzwoniłam do mamy. Rozmowa o wszystkim, o pogodzie u nas, pogodzie u nich, o narcyzach, co mi je podgryzła pobzyga, o tym, kto u nas robi bigos oraz fasolkę po bretońsku, czym się żywili Irlandczycy w czasach Wielkiego Głodu, oraz o dziurach w ścianie.
Wieczorem, w oparach bigosu, odbył się seans Francuskiego łącznika (1971). Nadal mocarne kino.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.