Oboje mamy wolne; wstałam wcześniej, szwendałam się, blogowałam, zrobiłam kawę Kochanemu, przed dziesiątą zrobiłam nam śniadanie (twaróg śmietankowy przemówił do mnie wczoraj w polskim sklepie, i bardzo dobrze, bo dzisiaj zniknął prawie cały, z czerwoną cebulką i papryką). Za oknem mgła. Do ogrodu przyleciała para grzywaczy (czyli Rysiowych kur), ptaki duże, przysadziste, krok za kroczkiem doczłapały do ziarna rozsypanego pod karmnikiem i odkryły raj.
Zadzwonił Ka z zaproszeniem na niedzielę, nie wiadomo, czy skorzystamy, Fred zaczyna jutro ciąg szycht, może być zbyt zmęczony na figle.
Pomyślałam, że zamiast pichcić obiad moglibyśmy wykorzystać drugą część vouchera od sąsiadki. Zebraliśmy się do drogi dobrze po pierwszej. W Atami zjedliśmy miso i trzy zestawy rolek. Już na starcie podróży do El Paso pogoda się sknociła na dobre, trzeba było więc zarzucić pomysły o dłuższym spacerze, zawędrowaliśmy do kawiarni, wypiliśmy po kawie, podzieliliśmy się dwoma przesłodkimi ciastkami, Kochany kupił też kolejny prezent dla Perlistego, kawę w ziarnach i turystyczny AeroPress. Potem jeszcze Tesco, rozważania na temat trzech następnych obiadów.
Popołudnie w domu przeznaczone na rozmowy i czytanki. Rozmowy meandrują, jest trochę o rodzinie, o rewolucjach większych niż Rewolucja Francuska (np. co by to było, gdyby ciocia Ce zapragnęła zacząć swoje życie od nowa?). Za późno na film, pora na prysznic, oczyszczacz powietrza, lekturę nocną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.