Obudziliśmy się o dziewiątej, czyli o wczorajszej ósmej. Dzień gnał przed siebie jak szalony. Gdzieś po pierwszej wyszłam do ogrodu domknąć szopkę, przy okazji oświeciło mnie (! ^..^), że dzisiaj akurat słońce nie jest zdradliwe: był pogodny, jasny dzień. Ergo: wyszliśmy z Kochanym na plażę i przełaziliśmy ponad dwie godziny (dopiero o piątej zaczął się nam kształtować obiad). Poszliśmy hen, aż do jaskółczych gniazd, które na razie stoją opuszczone; goarse kwitnie, bo w powietrzu zawiewa zapachem mirabelek; pięknie. Siedząc na falochronie Fred zadzwonił do mojej mamy, rozmawialiśmy chwilę o domowych zamieszaniach (na podwórku przemieszczenia architektury, Gosia szczęśliwa w jesieni psiego życia).
Jak widać na obrazku powyżej, spotkaliśmy przemiłą koteczkę, Zizi (gdy wracaliśmy, koteczka już spała w maminej torbie, gdyż niedziela dla rodziny); pierwszy raz znalazłam muszlę tej wielkości ze ślimakiem jeszcze w środku; krab niestety już po drugiej stronie; puste jajo, prawdopodobnie płaszczki; kolonia brzegówek czekająca na imigrantów.
Czuję się ogłuszona słońcem, pozytywnie zmęczona, choć mam też podejrzanie chłodne dłonie. Odkładałam i odkładałam, ale w końcu musiałam jeszcze zajrzeć do laptopa z pytaniem, co na jutro. Futro. Niech piszą, niech robią. Przed ósmą nadal jasno, Kochany siedział więc w zakątku przed domem i próbował uwolnić od perzu jedną ze starszych żurawek. Teraz małżonek ma zimne uszy.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.